Trakt ku Breslau, 12 dzień listopada, roku Pańskiego 1806
1.
Mroźny był to poranek, gdy major August von Falkenhayn, podążając szerokim, piaszczystym traktem od zachodu zmierzającym ku stolicy Niederschlesien1, mijał po lewej, pogrążoną we mgle osadę Pöpelwitz2. Jej kryte słomą dachy parowały intensywnie każdym swoim porem oddając nocne gorąco chłopskich chat i chlewików. Pierwsze przymrozki tej zimy minęły już dawno, ale teraz, szczególnie nocami, coraz częściej szron osiadał na powysychanych trawach, drzewach czy kamieniach, malując bielą krajobraz wokół. Zimno powodowało, że zamiast deszczy padał teraz częściej śnieg, zalegający później zmarzniętymi kupami we wszystkich zagłębieniach lub parowach.
Ostatni popas przed celem swej podróży zrobił w karczmie „Zur Alten Burg” stojącej tuż obok Breslauer Tor3, starej bramie przecinającej średniowieczne jeszcze fortyfikacje Neumarkt4. Długo w noc nie był w stanie zasnąć przewracając się z boku na bok tak intensywnie, aż w sienniku połamał każde możliwe źdźbło. Korona wymagała od niego poświęceń. Doskonale zdawał sobie sprawę, że misję jaką otrzymał była niezwykle wymagającą. Jednakowoż, zwyczajowo do wszystkich obowiązków służbowych, podchodził z najwyższą sumiennością i z niezmiennym zaangażowaniem, zatem nie przewidywał znaczniejszych trudności. Nerwy jednak pozostały. Od tego czy zadanie z powodzeniem wykona mogły zależeć dalsze losy tej wojny. To było zbyt istotne brzemię by spać spokojnie.
Dlatego też karczmarza przywołał przed wieczerzą do siebie, budzenia zażądał jeszcze zanim świt wstać raczy, konia wyszczotkowanego i gotowego do drogi, okulbaczonego, a także śniadania obfitego na stole i posługi przy oporządzaniu samego siebie oraz prowiantu na drogę. Pochodząc z zamożnej rodziny, od wieków osiadłej w Grafschaft Glatz5, zawsze miał koło siebie kogoś gotowego do pomocy i wsparcia. Wstąpiwszy w wieku lat osiemnastu w szeregi królewskich huzarów, początkowo do pułku von Usedom, a później, w uznaniu zasług, do Blücher Hussaren Regiment Nr. 8. Tedy siłą rzeczy musiał nabrać samodzielności. Lata spędzone między żołnierzami nauczyły go jak wdziewać kalesony czy zapinać trzewiki. Wielokrotnie, w polu, musiał wszystko koło siebie robić sam, a będąc adiutantem Hauptmanna6 Karla von Stutterheim’a7 samemu służyć i odziewać go w dolmana8 czy pelisę9. Dziś jednak uznał, że troczenie wszystkiego do siodła, czyszczenie karabinu poczdamskiego czy pakowanie prowiantu do sakw to nie była domena, w której czuł by się komfortowo. Dodatkowo, przed dotarciem do celu i rozpoczęciem realizacji misji, chciał się skupić na przeanalizowaniu sposobów jej rozwiązania, nie zajmując sobie uwagi przyziemnymi czynnościami. Jego głowę zajmowały znacznie donioślejsze myśli i zadania niż przykładowe szczotkowanie konia. Znacznie ważniejsze dla korony. Pomoc więc, sowicie opłacona, dokonała za niego wszystkiego czego potrzebował by wyjść w poranek okraszający obłokami białej pary każdy oddech, dosiąść z wprawą wymuskanego rumaka i wyruszyć pewnie w ostatni, jak mniemał, etap swej podróży ku Breslau. Donnar10, zwierzę spokojne, ale silne i szybkie, przyjęło go ze stoickim dystansem, wiele już bowiem podobnych poranków i nocy razem spędzili, nie jedną akcję prowadząc, czy podjazdowy atak na wroga wykonując. Zwierzę potrząsnęło tylko głową układając sobie grzywę tak jak było mu wygodnie, dając tym samym wyraz gotowości do drogi. Ruszyli zatem mijając nielicznych przechodniów spieszących już za swymi sprawunkami.
August, lat trzydzieści i dwa już licząc, był oficerem nader doświadczonym w służbie królewsko-pruskiej armii, którą to armię nie tylko gorliwie popierał, lecz i niezłomną wiarę w jej potęgę i słuszność działania w sercu nosił, acz nie z każdą decyzją wyższych dowódców zawsze się zgadzał. Posłuszeństwa nigdy im jednak nie odmówił, wiedząc iż na tym fundamencie opiera się porządek żołnierski. Wojna zaś, w którą państwo pruskie zostało uwikłane za sprawą doradców Jego Królewskiej Mości, nie była mu ani miła, ani po myśli. O ile wojna dla kogokolwiek może być miła. O ile bowiem z honorem i z odkrytą przyłbicą stawanie w boju na ubitej ziemi — w obronie zasad, w imię godności oraz dobrego imienia Korony — wydawało mu się rzeczą jak najwłaściwszą i z jego światopoglądem zgodną, o tyle walka rozpoczęta jeno dlatego, iż ktoś sobie nowy porządek świata odmiennie wyobrażał niźli widziano go w Charlottenburgu11 — na takową sytuację zgodzić się nie mógł. W głębi duszy sądził, iż wojna ta nie była krajowi potrzebna, ani też nie przyniesie żadnego rzeczywistego pożytku — zwłaszcza iż z respektem, a nawet z niekłamanym podziwem, spoglądał na poczynania wodza francuskiego. Umiejętności jego godne były zazdrości. Jednakże nie sami wodzowie wojny wygrywają, ani bitew nie rozstrzygają, jeno żołnierz prosty, zwykły, co to krwią i potem zrasza pole walki. Mimo iż August godność oficerską dzierżył, która to wynikała nie tylko z rodu jego znakomitego, lecz i z osobistych zasług, choćby w reńskiej kompanii12 wykazanych, wiedział doskonale, iż to szeregowcy są duszą armii. Gdzie brak ducha i ochoty w szeregach, tam i najlepsze rozkazy nie znajdą wykonania. Przeto od młodości dbał o stan ducha swych podkomendnych, a troska ta wielokrotnie przynosiła należne owoce zarówno w polu jak i w garnizonie, czym niejednokrotnie zdumienie wśród braci oficerskiej wywoływał. Z doświadczenia wiedział, iż wodzowie zapatrzeni w siebie, co to jeno na własne splendory baczą, nigdy ku zwycięstwu wojsk swych nie wiedli. Dlatego też darzył najwyższą uwagą nie tylko ducha koleżeństwa, ale i doświadczenie czy sprawność swych podkomendnych. Pruska armia żołnierza miała doskonałego, wyćwiczonego w musztrze do granic możliwości. Lecz musztrą bitew także się nie wygrywa. Toteż August, nie łudząc się, znał wagę dowodzenia, znaczenie talentów wodzowskich, lecz i harmonii w sztabach, znajomości rzemiosła wojennego, umiejętności praktycznego zastosowania taktyki, nowoczesnej broni i sposobów jej użycia, tudzież przygotowań do starcia z nieprzyjacielem. I właśnie tego, w jego przeświadczeniu, pruskiej armii najboleśniej zbywało — śmiałych, młodych, odważnych dowódców, jak generał Blücher, czy też sprawnych organizatorów, pokroju pułkownika von Scharnhorsta13. Z tym większym zaangażowaniem więc swą misję wykonywać myślał. Różność między wojskami nieprzyjaciela, a armią ojczystą jawiła się Augustowi jako nader doniosła i niepokojąca, a przy tym w istocie niezrozumiała. Z jasnością widział dysproporcje nie tylko w liczebności wojsk, ale, choćby w podejściu do spraw tak zasadniczych, jak kwestia zaopatrzenia. Prusacy, Saksończycy, Hessowie – alianci kroczący w zgodzie z tymi samymi zasadami – za oddziałami liniowymi, co to w takim porządku bojowym w szeregi się ustawiają przed obliczem wroga, prowadzili za sobą całe karawany taborów, pociągi zaopatrzeniowe, kuchnie polowe, piekarnie, warsztaty czy laboratoria14.
Inaczej się to rzecz miała po stronie francuskiej. Tamże stawiano na samodzielność. Zarówno na polu bitwy, gdzie już nie w linie równoległe się ustawiano, jak za czasów dawnych, lecz w szyki bardziej rozproszone. Takoż i w dniach poprzedzających starcie, kiedy to żołnierz sam miał zadbać o strawę, w miejscu, gdzie przyszło mu spocząć. Z pozoru różnica ta mogła się wydać błaha, lecz w praktyce prowadziła do przewagi nader poważnej: do większej mobilności nieprzyjaciela, zarówno w manewrach bezpośrednio na polu walki, jak i w podejściu ku starciu, w rozwinięciu szyków, w rozlokowaniu całych korpusów. Taki właśnie stan rzeczy napawał Augusta trwogą niejaką, szczególnie po doświadczeniach bitew pod Jeną i Auerstedt, w których brał udział, a które to wydarzenia dowiodły w sposób bezdyskusyjny, iż wojna ta może okazać się nader trudną do wygrania – jeśli w ogóle możliwą, mimo całego kraju zaangażowania. Oczywiście pospólstwo w ogóle walki prowadzić nie miało zamiaru uznając, że to wojna królów, książąt, elektorów, generałów, co odmiennym było wobec armii wroga, mianem „narodowej” się obdarzającej. Ta zasadnicza różnica cieniem się kładła na wszystkie wojsk działania.
Rozkazy jednak zostały wydane – a że pochodziły ze sztabu Najjaśniejszego Pana, to były dla Augusta niczym świętość. Wymagały więc bezwarunkowego wykonania, bez względu na okoliczności, na sytuację na froncie, na dostatek lub niedostatek środków. Mając to na względzie, wykonując swą misję, zrezygnował z przysługującego mu, z tytułu stopnia i funkcji, dodatkowego konia jucznego, który zwyczajowo dźwigał stroje, namiot, sprzęty i cały ekwipunek biwakowy. Postanowił polegać na samym sobie, na zręczności w unikaniu zasadzek, na lekkości ruchu – a nade wszystko na sile monety. Otrzymał bowiem niemałą sumę od króla aby w stanie był kogoś przekupić, jeśli zajdzie potrzeba, czy też sowicie wynagrodzić za lojalność koronie. Miał też własne rezerwy i umiejętności, na których mógł polegać. To zaś dawało nadzieję – i przesłanki do wierzenia, iż cała ta wyprawa nie zakończy się haniebnym fiaskiem, którego August nie byłby sobie w stanie wybaczyć po wsze czasy.
Jechali więc z Donnarem stępa, mijając wzniesioną ze zmurszałych już starością cegieł Breslauer Tor, kopyta zadudniły po zwodzonym moście i wyjechali na trakt prowadzący ku wschodowi mijając wysokie topole pozbawione już od dawna liści. Nagimi gałęziami wiatr trącał jakby od niechcenia. Szorował nimi o siebie, ale tylko bliżej czubków. Bowiem niżej, przy samym dole, było spokojniej, bo takaż była przecie rola tych roślin sadzonych namiętnie wzdłuż traktów w całym królestwie. Chronić miały drogi od wiatrów, zawiei śnieżnych, a latem cień zbawienny rzucając.
Podróżnych nie było dzisiaj zbyt wielu. Raczej nie z uwagi na porę dnia czy zimno dojmujące, ile raczej z ogólnej sytuacji. Kraj bowiem od miesiąca pogrążony w wojnie, do niemal miesiąca pokonany pod Jeną i Auerstedt, wymagał od wszystkich go zamieszkujących poświęceń najwyższej miary. Nie tyle wysiłek ludzie wkładali by wroga pokonać i przepędzić, co raczej śmierci uniknąć myśleli, zniszczenia dobytku swego oszczędzić. Wojna przecie zawsze straty przynosi, szczególnie tym najuboższym. On sam zresztą poświęceń owych dokonał wiele walcząc pod Blücherem pod Auerstedt. Brał czynny udział w szarży pod Naumburgiem15. Teraz jednak był już zmęczony, jakkolwiek obowiązek motywował do działania. Rozkaz bowiem wydany przez samego Najjaśniejszego, a szczególniej prośba specjalnej miary wydana przez jego małżonkę, każdy mięsień w ruch wprawiać zdołały, nawet gdyby nieboszczykiem miał się stać do tego dojmującego mrozu. Owinął tedy szyję szczelniej szalem, wciągnął skórkowe rękawice pod mankiety rękawów i ruszył dalej. Nie wiedział co go czeka, ale wiedział, że obowiązek nań nałożony wypełnić musi. Zamknął oczy. Wrócił do tamtych dni… Do 14 dnia października. Niecały miesiąc temu. Tak daleko, a jednocześnie tak blisko…
Dolina spowita była mgłą gęstą niczym dobrze zbita śmietana, w której dźwięk końskich kopyt i dalekie bicie armat brzmiały jak papierowe echo o pustym świecie. Przednia straż Blüchera złożona z Husaren-Regiment nr. 8 zbliżała się stępa do pozycji pruskiej piechoty odzianej w zmokłe kurtki, próbując rozpoznać ruchy Francuzów na przedpolu. Mijali stojące w ciszy, jak od sznurka, szeregi wojaków w granatowych mundurach, trzymających karabiny niczym na paradzie, wzrokiem próbując dotrzeć w miejsca, gdzie było to konieczne, aby zdobyć choć garść informacyj o przeciwniku. August, siedząc na grzbiecie atramentowo czarnego Donnara, patrzył spod opuszczonego daszka czaka na linię czarnych sylwetek, które nagle wyłoniły się z mgły.
— Französische Kolonne!16 — zawołał do rotmistrza. — Kirasjerzy Davouta, na prawo od drogi!
Blücher, który stał niedaleko, podjechał szybkim kłusem. Miał na sobie prosty mundur generalski, w ręku trzymał lunetę, ale nie tracił czasu na obserwację. Jego adiutanci zostali z tyłu, jakby zagapiwszy się nieco.
— Von Falkenhayn, eskadra do natarcia! Musicie odciążyć naszą lewą flankę! — padł ostry rozkaz tnący mgłę niczym tasak. — Na kirasjerów was nie starczy. Zajmiemy ich ogniem artylerii. Tylko czasu nam trzeba. Lasst uns kämpfen!17 — ponaglił.
Nie było chwili na rozkazy pisemne, nie było rozwiniętych sztabów. Tylko słowo, błysk oczu, końskie parsknięcia i machnięcie szpicruty.
August dał znak. Dwadzieścia cztery konie spięte ostrogami rzuciły się w galop. Mgła lekko się uniosła, co sprawiło, że ujrzeli jak francuscy piechurzy formowali kwadrat — klasyczną odpowiedź na kawalerię. W większości młodzi chłopcy o symbolicznym zaroście pod nosem byli przerażeni, a temu i owemu z ust wyrwał się okrzyk bojowy, który strach jeszcze bardziej kumulował. Efekt zupełnie odwrotny od zamierzonego. Pędzili ku nim niesieni niczym na skrzydłach, konie skakały nad wykrotami mokrych, błotnistych pól, niemal nie dotykając zdradliwej gleby. Gdy zbliżyli się na sto kroków, huknęła salwa. Pędzący po prawej, młody porucznik, von Linsingen, runął bezwładnie w dół rozchlapując kałużę błota. Oddech w nim się skończył nim chłopak sięgnął podłoża. Pozostali nie mieli najmniejszego zamiaru zwalniać. Wręcz przeciwnie. Tak samo, mimo szarży, karabiny francuskie nie chciały zamilknąć. Kiedy sierżant Koenig spadł z siodła, August wrzasnął ile sił w płucach:
— Nach links! Von links drauf!18
Wpadli w dym wypluty z luf muszkietów by po ulotnej chwili ostrza szabel skrzyżować z bagnetami, część broniących się rozrzucając na boki siłą rozpędu. Trzask stali o stal, ryki walczących, mlaskanie koni. To było krótkie, acz brutalne zwarcie. Człowiek widział tylko co najbliżej, słyszał to co nieco dalej, ale nie zwracał na nic uwagi, walcząc zawzięcie o przetrwanie, siecząc na lewo i prawo, tańcząc na koniu niczym w balecie. W tym zamęcie Donnar zdołał ugryźć jednego z piechurów, aż czako, pokryte woskowanym pokrowcem, spadło mu z czubka głowy. Natychmiast runął na nią cios Augusta. Jęk, krew zalewająca oczy, kolana tonące w rozmokłej glebie, zaś szabla błyskawicznie poszukała drogi do ramienia kolejnego francuza. Bitwa rozgorzała na dobre, gdy dostrzegł kątem oka zbliżającą się odsiecz wroga w postaci zawracających kirasjerów, o których na moment zapomnieli. Parę koni w ich szeregach nie niosło już swych jeźdźców, ale nadal oddział ten stanowił potężną siłę, której lekceważyć nie należało.
— Rückwärts, Männer! Zu uns!19
Eskadra wycofała się ostatecznie w szkolnym niemal porządku francuzów szerokim łukiem omijając, ale dzięki swemu działaniu zdołała opóźnić marsz wroga o kilkanaście minut — czas, który Blücher wykorzystał, by przemieścić działa, przegrupował szeregi tak by obrona była skuteczniejsza, linie piechoty ustawił z rozwagą w najdogodniejszych miejscach Miał na to czas, więc wszyscy mieli świadomość, że to było bardzo ważne kilkanaście minut.
Wrócili spoceni, zmęczeni, dyszący, z trudem łapiący oddech, konie zdrożone, mokre od potu, z chrapami toczącymi pianą. Niejeden dojechał do swoich już martwy, ale dali radę. Zwierzęta długo nie mogły się uspokoić, przeskakiwały z nogi na nogę, huzarzy zaś wymieniali krótkie, zdawkowe uwagi co można by zrobić lepiej, pewniej, odważniej. Po wszystkim generał osobiście podszedł do nich, zbitych w bezładną kupę ludzi i zwierząt. Z oddali dobiegł ryk armat. Walono ze wszystkich czternastu luf. Ziemia drżała, tumany dymów ścieliły się nisko, pchane lekkimi podmuchami wiatru, który także zdołał mgłę przepędzić. Twarz Blüchera była szara i napięta, ale w oczach błyszczała iskra. Słyszało się o niej. Niektórzy zwali ją iskrą dumy.
— Herr Major Falkenhayn. To była bardzo śmiała szarża. Jeśli przeżyjemy ten dzisiejszy dzień, nie zapomnę jej panu. Dziękuję – odwrócił się na pięcie nie czekając aż August, pokryty kurzem i krwią, odejmie dłoń od siekniętego jakimś tasakiem mirlitonu20. Wiedział, że takie słowa nie padają często. Nie na darmo francuzi nazywali generała „niepochamowanym szaleńcem na koniu”.
Wspomnienia te wywołały małą łezkę w oku. Za Blüchera dałby się pokroić. Nawet zardzewiałym żelazem. Mimo, że po Auerstedt jego pułk poszedł w rozsypkę, mimo, że stracił bardzo wielu przyjaciół, to wierzył, że warto było. Generał zebrał ich ostatki, a część, wobec których czuł najwyższy respekt dla ich odwagi, umiejętności i zaangażowania, przekazał pod komendę von Ruesch’a, do elitarnych Totenkopf-Huzaren z piątego regimentu. Tam nie przyjmowali każdego, nie przyjmowali, jak to się mówi „z ulicy”, nie przyjmowali nawet z polecenia wszelkich „von und zu”. Do nich trzeba było zasłużyć by się dostać. Trzeba było zasiec setkę wrogów, szarż poprowadzić dziesiątki, krwi wrogowi upuścić. Ale co innego gdy poleca cię generał Blücher. To zupełnie inna historia. Szczególnie jeśli ty także masz za sobą kilka szarż, które na nim zrobiły wrażenie i o których obiecał, że nie zapomni. Nakazano Augustowi tedy udać się do Festung Glogau21 gdzie miał stanowić część doborowego oddziału kawalerii, którego zadania polegać miały na nękaniu wroga nagłymi wypadami poza mury. Jednakże tam dotrzeć nie zdołał. Był w drodze do celu z tuzinem sobie podobnych, gdy zatrzymał się popasem w karczmie „Zum Goldenen Adler” stojącej w samym rynku Frankfurt an der Oder, tuż obok Marienkirche. Późnym wieczorem, mroźnego, pierwszego dnia listopada, do kiepsko spasowanych drzwi jego kwatery, zapukał energicznie znany mu z zeszłego lata, z jakiejś parady, Stabskapitän22. Już nie młody, jasnowłosy, jasnobrewy, sztywny jak starannie wykrochmalony kołnierzyk, sądząc po akcencie pochodzący z Brandenburgii, surowy, ale niezwykle obowiązkowy oficer ordynansowy przy kwaterze Najjaśniejszego Pana, tak przynajmniej się przedstawił. Z widzenia twarz jego nie była obcą bowiem w trakcie wizytacji królewskiej w rodzimym Augusta regimencie, w trakcie późniejszego rautu, posadzono ich koło siebie, co zaskutkowało niezliczonymi toastami i wspólnie wypitymi kolejkami. Dzisiaj jednak prezentował postawę nad wyraz służbową i zasadniczą. Okryty podróżnym płaszczem podszytym jakimś futrzastym zwierzęciem stanął w rozkroku, dobywając z sabretaschy23 zalakowany list, i podał go na wyciągniętej dłoni.
— Herr Major von Falkenhayn, dobrze pamiętam? Proszę się przygotować. Jego Wysokość Król oczekuje pańskiej obecności. Natychmiast!
— Król…? Teraz? — ledwo był w stanie sklecić jakiekolwiek myśli. — Co to za powód? — sięgnął po list, ale zanim złamał pieczęć gość wycedził przez zęby:
— Nie pyta się dlaczego. Przyniosłem szczególny rozkaz generała Blüchera z listem osobistem do Waszmości. Ruszamy natychmiast — zakończył odwracając się na pięcie.
Herr Major,
Niechaj niniejszy list posłuży za potwierdzenie mojej pełnej wiary w Pańską gorliwość, zdolność przewidywania i niezłomność ducha w służbie Jego Królewskiej Mości i Królestwa Prus.
Z polecenia Najjaśniejszego Pana miałem zaszczyt wskazać jednego oficera, który — znając doskonale Śląsk, ludzi tamtejszych oraz naturę prowadzonych przez wroga działań — mógłby podjąć się misji o szczególnym znaczeniu dla bezpieczeństwa naszych oddziałów i Korony interesów. Właśnie ze szczególnych tej korony interesów uwzględnieniem.
Tutaj z pełnym przekonaniem zarekomendowałem Pana osobę.
Zostanie Pan bezzwłocznie wezwany przed oblicze Jego Królewskiej Mości, by wysłuchać dalszych instrukcyj, które jak mniemam wypełni Pan z właściwym sobie zaangażowaniem.
Niech honor, rozsądek i lojalność prowadzą Pana tak, jak dotąd.
Z najwyższym poważaniem,
G. L. von Blücher
Generał Lejtnant
Dowódca Korpusu Rezerwowego
August przebiegł błyskawicznie po kształtnym piśmie generała i jego zamaszystym podpisie, który znał z wielu rozkazów jakie wielokrotnie otrzymywał. Zgasił więc świecę jednym, szybkim ruchem, po czym obcasy zaklaskały na kamiennej posadzce gdy wychodzili zatrzaskując drzwi z donośnym hukiem. Szybkim marszem pokonali wąskie zaułki miasta, w którym kwaterą tymczasową, w drodze do Königsbergu, rozłożył się Jaśnie Oświecony. Dzięki koneksjom von Gneomara, albo wydanym uprzednio poleceniom, szybko pokonywali kolejne posterunki oświetlone wątłymi płomieniami pochodni, świec lichych, czy lamp oliwnych. Mrok już bowiem zapadł gęsty, wojsko udawało się na spoczynek, czujność jednak zachowując. Wróg bowiem naciskał i stosowna ostrożność była koniecznością. Kto mógł bowiem wiedzieć gdzie czaił się szpieg czy donosiciel.
W ogarniętych ciemnością zakamarkach miasta panowała dojmująca cisza. Nawet szczury w rynsztokach popiskiwać nie miały zamiaru. Dzięki temu stukot ich podkutych podeszw niósł się nieznośnym echem wokoło. Leopold rozglądał się trwożnie, baczył na każdy cień, każdą niezamkniętą bramę, dzierżąc przy pasie przytroczoną lampę ostrożnie w każden jeden zaułek zaglądając. Ostatecznie dotarli spiesznie do tylnych, kuchennych drzwi domu komendanta przy Große Oderstraße przemykając chyłkiem przez furtę ogrodową. Tu przywitał ich łysy osiłek o barach tak szerokich, że ledwo miesiły się między framugami. Drzwi im uchylił, nie pytając o nic, jakby wiedział, że przyjdą, jakby oczekiwał ich niecierpliwie. Odebrał płaszcze i wskazał szerokie schody prowadzące do górnych komnat. Zanim na nie weszli, owłosiona dłoń o serdelkowatych palcach zażądała jeszcze broni osobistej. Odpięli więc od pasów co należało i tym sposobem uzyskali pozwoleństwo przejścia dalej. Gdzieś z głębi budynku dobiegał gwar ożywionej rozmowy, stukanie obcasów, trzaskanie drzwi i tym podobne sygnały, że sztab królewski, mimo późnej pory, przerywać pracy nie miał najmniejszego zamiaru. Na szczycie schodów wyłożonych puszystym, karmazynowym dywanem, przywitał ich August Ludwig Ferdinand Graf von Nostitz-Ransen24, osobisty adiutant generalny samego Najjaśniejszego. Jego bujna, stojąca niesfornie na sztorc, czupryna, lekko pociągnięta potem, i obszerny wąs w nieładzie, jako i oczy podkrążone, wskazywały dobitnie, że od wielu dni niedosypia czy też w ciągłym stresie pozostaje. Ponaglił ich gestem dłoni drugą otwierając lakierowane na biało, wysokie drzwi prowadzące do prywatnych komnat króla. Weszli trzymając nakrycia głów w dłoniach. Przynajmniej jeden z nich nie wiedział kompletnie czego się tutaj spodziewać. Zastał Jego Królewską Mość, zajmującego pufiaty taboret przy białym biurku stojącym przy wysokim, dzielonym oknie wychodzącym na ulicę, wbitego w ciasno skrojony mundur świecący złotem, o czerwonym kołnierzu, oraz drobną Jego Królewskiej Mości Małżonkę leżącą na wzorzystym szezlongu pod ścianą i przykrytą włochatym kocem. Jej reticule25 leżało na blacie postawionego centralnie, okrągłego stołu o pojedynczej, masywnej nodze.
Stopy wchodzących natychmiast ze stukotem złączyły się w salucie, a głowy pochyliły się w uniżonym geście oddania. W efekcie nieco życzliwszym wzrokiem popatrzyły na nich niezliczone pary oczu, z wiszących na ścianach, oprawionych w grube złote ramy, portretów.
Fryderyk Wilhelm III zobaczywszy wchodzących wstał energicznie i podszedł do von Gneomara kładąc dłoń na ramieniu.
— Po wielokroć dziękuję, mój zacny przyjacielu — rzekł z powagą, patrząc mu prosto w oczy. Oficer zrozumiał ów gest bez słów, zasalutował z należnym szacunkiem, stuknął obcasami z żołnierską dokładnością i wykonał regulaminowy zwrot Kehrt euch!26, po czym, nie tracąc fasonu, ruszył sprężystym krokiem ku drzwiom, które domknął za sobą z godnością. Pozostali we troje. Cisza, która zapadła, miała w sobie coś z powagi kaplicy — ni to niepokój, ni skupienie. Fryderyk, korzystając z owej chwili milczenia, wpatrywał się badawczo w Augusta, jakby chciał z jego postawy, z jego twarzy i spojrzenia wyczytać: czy temuż człekowi można zawierzyć? Czy lojalność i oddanie biją z jego duszy, czy też jest tylko żołnierzem, jakich wielu, sumiennym, oddanym, ale tylko żołnierzem? Mieli okazję spotkać się już wcześniej, ale nigdy nie byli tak blisko. Trudno było więc zakładać, że król będzie go pamiętać. Zatem August, niczym marmurowy posąg, trwał w postawie Stillgestanden!27. Strużka potu spływała wolno po karku, niknąc pod kołnierzem — nie z gorąca wszelako, lecz z napięcia i świadomości wagi tej chwili. Mimo to jego sylwetka pozostała niewzruszona. Władca, trzymając ręce splecione za plecami, począł krążyć dokoła oficera, przyglądając się z niepokojącą precyzją każdemu szczegółowi jego osoby — badał dokładnie profil, strój, fryzurę, ton cery, postawę. Gdy wreszcie zatrzymał się na wprost twarzy, oblicze zdradzało rozterkę i walkę z myślami. Królowa zaś, trwając w bezruchu, z oczyma przymkniętymi w zadumie, śledziła uważnie przebieg tej niecodziennej sceny. Napięcie niemal wibrowało w powietrzu.
— Generał Blücher – król odezwał się jakby z pewną dozą niepewności. — Generał Blücher — powtórzył — wskazał nam pana jako człowieka najbardziej godnego, by powierzyć mu misję o nadzwyczajnym znaczeniu.
— Jawohl! — odrzekł bez zwłoki August, niemal z uniesieniem.
— Proszę jednak pozwolić mi dokończyć, zanim złoży pan jakiekolwiek deklaracje.
Na te słowa znów stuknęły obcasy — wyraz gotowości i skupienia.
— Mamy z królową Luizą sprawę, która… jeśli pozostanie nierozwiązana, może cieniem położyć się na jedności korony i całego narodu. A w obecnych okolicznościach, gdy wróg ściga nasze armie i depcze święte granice, nie możemy pozwolić sobie na żadne uchybienie.
— Wasza Wysokość, jam w pełni do dyspozycji. Rozkazy monarchy są dla mnie święte — rzekł August z powagą.
— Mam jedną prośbę. Proszę wysłuchać, co mam panu do powiedzenia. Bez przerywania, bez oceniania. Dopiero wówczas zapytam o pańskie stanowisko i spytam, czy gotów pan będzie podjąć się tego zadania.
— Zu Befehl!28
Na te słowa królowa, dotąd spowita w pled na szezlongu, powoli podniosła się z miejsca. Krok jej był ostrożny, a spojrzenie dalekie i zamyślone. Wyglądała niczym lekko spłoszona łania wychodąca trwożnie na poranną, leśną polanę. Po chwili osunęła się na krzesło przy stole, jakby ciężar tajemnic, które miała wyjawić, ciążył na jej ramionach. Twarz miała pobladłą, zaś wyraz oczu niósł w sobie melancholię tak głęboką, iż starczyłoby jej na dziesiątki romantycznych sonetów i pieśni.
Król milczał, stojąc wciąż naprzeciw Augusta, mierząc go wzrokiem niewzruszonym. Oficer nie poruszył się nawet o cal — w całym ciele nie zadrżał nawet jeden mięsień. Wreszcie Fryderyk odstąpił dwa kroki w tył. W komnacie zapadła cisza, którą przerwał głos królowej, kruchy, lecz pełen wewnętrznej siły…
— Herr Major, to co teraz rzeknę, musi pozostać pomiędzy nami trojgiem: mną, panem oraz moim małżonkiem, któremu ufność mam bez granic. Słowa te nie mogą opuścić ścian tej komnaty. Zakładam, żeśmy się dobrze zrozumieli — spojrzała badawczo. Skinął głową, zatem kontynuowała.
— Proszę zasiąść. — wskazała krzesło obok siebie, które z pewnym wahaniem zajął. Fryderyk przeszedł na drugą stronę stołu i również odsunął sobie kolejne obite tiulem.
— Wszem i wobec wiadomo, i Pan też wie, iż jestem małżonką wierną i oddaną, iż gotowam pójść za mężem moim choćby w sam ogień. Bez zastrzeżeń. Zawsze. A jednak bywają okoliczności, które spod kontroli się wymykają… — zawiesiła głos, spoglądając na twarz Augusta, jakby chciała dostrzec tam cień zrozumienia. August zaś nie poważył się oderwać wzroku od jej twarzy.
— Był tedy czas, w którym pozwoliłam sobie na swawolną, choć krótką zażyłość z jednym z naszych generałów. Człek to zacny, nader kulturalny, pełen ogłady i uroku. Nie podobna rzec jednak, iż mnie uwiódł. Co to, to nie! W porę się opamiętałam. — spojrzała przelotnie na męża, który oburącz trzymał się blatu stołu i trwał bez ruchu niczym posąg z kamienia. Widać było, że tego rodzaju wyznania są dla niego trudne.
— Uczyniłam jednak błąd, prowadząc z owym panem korespondencyję, która, odczytana przez osobę o złej woli, mogłaby ściągnąć zgubę na nasze państwo. W listach tych zawarte są słowa, które mogą wypaczyć obraz mojej wierności małżeńskiej oraz zaangażowania w sprawy korony i narodu. Tegoż właśnie pragnę uniknąć. Błąd dawno temu przeze mnie popełniony, nie zaprzeczam, lecz gotowam uczynić wszystko, by jego skutków nie odczuły nasze Prusy.
— W czym tedy mógłbym dopomóc Waszej Wysokości? — odezwał się August cicho.
— Rzecz jest prosta. Z Oberstem Magnusem Carlem Ferdinandem Bogislaus von Schwerin29 prowadziłam wymianę listów, które — odczytane bez należytego zrozumienia — mogłyby wywołać niemały zamęt, jeśli wpadłyby w ręce niepowołane. Pragnę zatem, by Pan do tego nie dopuścił.
— W jakiż sposób mam tego dokonać? — zapytał poważnie, nie ruszając się ni o cal, zasłuchany w każde padające słowo.
Luiza sięgnęła po leżącą na stole ozdobną reticulę, którą ktoś starannie zaplótł z włóczki nadając kształt ananasa. Rozwiązała lniane sznurki i z wnętrza wydobyła delikatny, złoty łańcuszek z zawieszonym nań kluczykiem, ledwie na pół kciuka długim. Położyła go na swej delikatnej, alabastrowej dłoni, spoglądając weń z nabożeństwem, jakby zawierał sekret samego życia wiecznego.
Wyciągnęła rękę ku majorowi, który ostrożnie ujął kluczyk w dwa palce.
— Listy, o których tu mowa, schowane zostały przeze mnie w pewnej szkatule. Szkatułę ową powierzyłam mojej damie dworu, gdyśmy ostatnim razem przez Breslau przejeżdżali. Zleciłam jej, by strzegła zawartości i nie dopuściła, by trafiła tam, gdzie nie powinna. Czy dotrzymała obowiązku — nie wiem. Ufność mam, lecz pewności nie. Pragnę tedy, by Pan, Herr Major, udał się do Breslau, odnalazł Catharinę von Rothenburg i — z rzeczonej szkatuły tym oto kluczem — wydobył paczkę listów przewiązanych różową wstęgą, a następnie skrył ją w miejscu, którego nikt odnaleźć nie zdoła — zawinęło jego palce na łańcuszku i kluczyku.
— Tak się stanie, Najjaśniejsza Pani. — niemal wyprężył się na baczność, co w pozycji siedzącej nie było rzeczą łatwą. Księżna dostrzegła jego gorliwość i przyjęła ją z ulgą, która wyraźnie zajaśniała na jej twarzy. Uśmiechnęła się, a blask ów sięgnął jej spojrzenia. Był to znak jawny, iż zbliża się do celu, ku któremu zmierzała.
— Potrzebować będę jednakże informacji, gdzie i jak odnaleźć ową Catharinę, a także gdzie szukać szkatuły, o której mowa. — dodał, nie odrywając wzroku od królewskiej małżonki przyciągając dłoń z kluczykiem do piersi.
— Catharinę pozostawiłam w Breslau, w tamtejszym Königliches Schloss30. Gdzie się teraz znajduje — tego mi wiedzieć nie dano. Prosiłam ją jeno, by w pobliżu pozostała i tajemnicy jej powierzonej strzegła z całą gorliwością.
— Pojmuję. Rzecz więc w tym, by udać się do Breslau, odnaleźć Catharinę, a za jej pośrednictwem wejść w posiadanie szkatuły, z której to wyjąć należy pakiet listów różową wstęgą przewiązany i unieść go tam, dokąd ręka francuska nie sięgnie. Czyż tak należy rozumieć wolę Najjaśniejszej Pani? — rzekł, spoglądając na króla, który dotąd nie poruszył się nawet o włos, ale na te słowa skinął wreszcie głową z namysłem, na znak potwierdzenia.
— Mogą Waszmoście na mnie liczyć w całej rozciągłości — słysząc to królowa niemal podskoczyła z radości na krześle. Dłonie jej same złożyły się do klaśnięcia, choć nie wykonała tego ruchu. — A gdzież szukać tej szkatuły? — dopytał.
— W Breslau niewątpliwie. Lecz jeśli pan zdoła odnaleźć Königlicher Hausmarschall in Breslau31, którym tam jest Albrecht von Wartenfels, on zapewne wskaże drogę do mej dwórki.
— Verstanden!32 — skłonił się lekko. — Jednakowoż mam jeszcze jedno pytanie. — Jak rozpoznam ową dwórkę, pieczę nad szkatułę sprawującą.
— To niewysoka brunetka o prostych ustach, ciemnych oczach i okrągłej twarzy okolonej lokami na pół łokcia — odparła królowa.
— A ma jakiś znak szczególny, cokolwiek?
— Hmm… — zamyśliła się marszcząc brwi. — Raz tylko ją widziałam w halce gdy kąpieli w Łabie zażywałyśmy. Nie znajduję w niej niestety niczego szczególnego. Wyróżniającego.
— Podawałem wtedy Luizie odzienie — wtrącił się król. — Czy nie ma ona jakiejś blizny na łopatce? Wszak w młodości z pożaru jakiegoś cudem ocalała.
—Tak! Tak! — królewska małżonka aż w dłonie zaklaskała. — Doprawdy! Ma na prawej łopatce bliznę po oparzeniu, jeżeli o to panu chodziło.
— Tak, właśnie coś takiego na myśli miałem, ale przyznam szczerze, że nie wiem czy będę ją w stanie zmusić do zrzucenia szat. — Zasępił się August na poczekaniu filuternie oczy mrużąc, zaś król spojrzał na niego z wyrzutem jakby miał obiekcje wobec chęci na cześć dziewczyny nastawania.
— Musi pan być dyskretny w działaniu — rzekł po krótkim namyśle. — Rzecz w tym, iż nikt nie może się dowiedzieć o pańskiej misji — odezwał się niespodzianie monarcha, dołączając w końcu do rozmowy. — Toteż najwyższej potrzeba konfidencji. Bezwzględnej. — Wyruszy Pan tedy do Breslau. Niezwłocznie sporządzimy stosowną przykrywkę, pod której osłoną będzie Pan mógł działać. Po przybyciu na miejsce i dokonaniu czynności wynikających z owej pozornej misji, przystąpi Pan do właściwego zadania — odnalezienia Cathariny. Ona wskaże miejsce, gdzie szkatuła jest przechowywana. Gdy ją Pan odnajdzie, wydobędzie Pan wspomniane listy to uczyni pan, co należy, by uchronić je przed wrogiem.
— A cóż znaczy „uchronić przed wrogiem”?
— Tegoż w tej chwili rzec nie sposób. Przypuszczam, iż Francuzi podążą śladem naszych pobitych wojsk ku wschodowi. Możliwe, iż dotrą pod Glogau, a być może i pod Breslau. W takim razie trzeba będzie czym prędzej wywieźć pakiet z miasta. Rzeczą najistotniejszą jest, by nie wpadł on w ręce nieprzyjaciela.
— Nie prościej byłoby ten pakiet spalić?
— Wolałabym jednak aby mi go pan osobiście dostarczył — wtrąciła królowa.
— Zaraz napiszę list osobisty do generała, barona von Thiele, dowódcy twierdzy breslauerskiej. W liście tym opiszę Pańskie zadanie i nakażę, by udzielił Panu wszelkiego wsparcia i dał, czego Pan potrzebować będzie.
— Czy sądzi Wasza Wysokość, że to konieczne? Wciągać kolejną osobę w tę tajemnicę?
— Tak jest. Bez jego pomocy niechybnie napotka Pan trudności nie do przezwyciężenia. Musi Pan mieć u boku takiego sojusznika, który wie, w jakiej sprawie Pan działa, ale tajemnicy zdolnego dochować.
— Rozumiem. To myśl słuszna. — odrzekł z namysłem
Król sięgnął po stojący na środku stołu niewielki, srebrny dzwoneczek i wprawił go w ruch dwoma palcami. Wydał z siebie dźwięk niczym harfa. Delikatny, zwiewny, ulotny. W reakcji nań boczne drzwi się uchyliły wprowadzając do środka dwórkę odzianą w atłasową sukienkę w kwiatowe wzory. Skinęła głową i zamarła w bezruchu oczekując poleceń.
— Rozalio, przywołaj proszę Augusta Ludwiga. Niech przyniesie ze sobą przybory piśmienne, niezbędnie potrzebujemy napisać kilka listów.
Dziewczyna ponownie skinęła głową, dygnęła i zniknęła za tymi samymi drzwiami. Zapadła kolejna chwila ciszy dzięki czemu słyszeć się dało miarowe kroki maszerującego pod oknami kamienicy nocnego patrolu. Królowa próbowała wzrokiem sprawdzić co też za myśli kłębią się w jego głowie. Bezskutecznie, bowiem miał August taki mętlik i natłok uwag, że sam nie był w stanie sobie z tym wszystkim poradzić, co też było absolutnie zrozumiałe
— Czy ma pan jakieś pytania? — odezwał się król.
— W zasadzie jedno. Może zdarzyć się, że nie tylko w Breslau działał będę. Jeśli napotkam opór wobec zadań jakie przede mną stawiają Jej Królewskie Mości to w jakiś sposób będę musiał go łamać. Sam jeden w pojedynkę siłą zdziałać wiele nie zdołam, a w takich utajonych zadaniach lepiej czasem coś nie przemocą, a podstępem czynić.
— Słuszna uwaga — król zgodził się w całej rozciągłości. — Zdecydowanie lepiej działać w ciszy, w cieniu, w ostateczności jeno wychodząc na światło dzienne.
— Dlatego zastanawiam się czy nie byłoby wskazane gdybym dostał od Waszmości jakiś list żelazny, poręczenie, że działam w Waszym imieniu, w imieniu i dla dobra korony.
— Brzmisz majorze jakbyś już wiedział jak rozwiązać nasz problem — włączyła się królowa rozpromieniona na swej niemal dziecięcej twarzy. — To jest dobry pomysł, aby przygotować list, który pokazany gdzieś na prowincji będzie wspierał tego młodego człowieka w jego zadaniu. Co myślisz o tym Fryderyku?
— Tak. To zdecydowanie dobry pomysł — przyznał zapytany bez najmniejszego cienia wątpliwości.
— List taki jednak nie może być na pergaminie czy papierze — August zamyślił się bowiem zabrakło mu wiedzy i doświadczenia jak taki przyziemny problem rozwiązać można. — Woda gotowa go zniszczyć czyniąc całkiem bezużytecznym.
— Na płótnie. Takie dokumenty przygotowujemy na płótnie — król zamyślił się nad czymś co przerwało energiczne pukanie. — Herein!
Drzwi otworzył adiutant Graf von Nostitz-Ransen, niosący w specjalnej, skórzanej sakwie podróżnej cały ekwipunek skryby. W milczeniu, starannie i precyzyjnie porozkładał swoje przybory na stole, przy ostatnim wolnym krześle, które po chwili zajął. Sięgnął po drewnianą, polową oprawkę, w którą wcisnął stalówkę, odkorkował kałamarz i zanurzył w nim pióro. Był gotów do pracy.
Przemierzał zatem August ostatnie pruskie mile33, pokonywał ostatnie pręty34 swej drogi, której kres rychło miał się ziścić. Oto, gdy ominął Breslauer Thor w Neumarkt, dostrzegł kamienny drogowskaz, z wykuty w granicie, co to wskazywał jeszcze cztery mile do celu. Gdy zaś przejeżdżał przez Lissę35, bliźniaczy głaz podawał, iż zostało mu już jeno półtorej mili. Natomiast od owego miejsca trakt wiódł już wygodny, brukiem z barwnych kocich łbów wysadzany, przeto koń stąpał pewniej, a koła wozów nie grzęzły w błocie. Zbliżał się zatem ku Breslau wytrwale, a gdy minął Pöpelwitz, wspiął się na niewielkie wzgórze, skąd po raz pierwszy objął wzrokiem majestat twierdzy. Mury, wały, szańce umieszczone na naturalnych wzniesieniach, las domostw, smugi dymów unoszące się z kominów, a nade wszystkim strzeliste wieże kościołów, co dumnie górowały nad rozległą konstelacją budowli — to złożyło się na obraz tak nieoczekiwany, iż zatrzymał się, oniemiały. Nie takiego widoku się spodziewał. Imponowała mnogość dachów czerwonych, gdzieniegdzie na przedmieściach przetykanych skromniejszymi, krytymi strzechą. Zgromadzeni ludzie, z tej odległości podobni do krzątających się mrówek, wędrowali bezładnie po traktach i ścieżynach, które zdały się prowadzić z wszelkich stron świata do tegoż miasta. Zadziwiła go liczba wież kościelnych, a niemal każda zakończona była ostrym hełmem, z którego sterczał proporzec, łopoczący na wietrze. U stóp murów szeroko rozlewała się fosa, po której poruszali się żołnierze, najpewniej krusząc lód – znak jawny, że szykowano się tu do oblężenia. I słusznie, albowiem cień wojsk Hieronima kładł się już na całą prowincję.
Z lekkim szarpnięciem wodzy podciągnął Donnara, który żwawiej począł stąpać ku osadzie rozciągającej się wzdłuż traktu. Mijał niespiesznie szeregi równych, drewnianych domostw, krytych strzechą, nie wyższych nad parter. Z rzadka tylko któryś budynek posiadał pięterko – zaiste należały one do mieszczan zamożniejszych: karczmarzy, urzędników czy kupców. Po przebyciu może ze stu prętów drewniane chałupy ustępować poczęły miejsca obiektom murowanym. Wcześniejsze jego doświadczenia z twierdzami pouczyły go, iż na przedpolu wznosi się zwykle domostwa łatwe do rozbiórki, na wypadek oblężenia. Tu jednak miasto zdawało się wymykać spod wszelkiej kontroli – rozlewało się na zewnątrz bezładnie, jakby w pośpiechu i bez planu. Widok ów nieco go skonfundował, lecz jeszcze bardziej zaintrygował. Rozmyślał tedy, co za przygody może mu przynieść ta ziemia, co za losy przędą tu ludzie, których nie zna. Był ongiś w tych stronach, jeszcze jako młodzieniec, lecz od owego czasu niemało musiało się zmienić…
Po prawicy, pomiędzy długim, wąskim gmachem o ścianach z nieociosanych, ciemnobrunatnych dech, będącym zarazem wyszynkiem, a być może i zajazdem czy stajnią, a zbudowaną z cegły kuźnią, mignęły mu na przymarzniętych łąkach rzędy polowych gabionów36, tudzież i kilka szańców, jakby od niechcenia rozsianych po naturalnych wyniosłościach gruntu. Lecz nie dostrzegł przy nich ani jednego wojaka, ni dział, ni nawet żołnierskiej krzątaniny czy choćby dymu z obozowego paleniska. Skierował zatem konia dalej, pragnąc przed zapadnięciem zmierzchu stawić się u komendanta twierdzy z należnym meldunkiem. Noc już bowiem zbliżała się dużymi krokami. Niedługo potem linia zabudowań uskoczyła w lewą stronę, ukazując przestrzeń w kształcie wielkiej litery L, jakoby plac czy rynek pomocniczy. W dali, po owej stronie, majaczyła bryła jasnożółtego kościoła z masywną wieżą, dumnego i chropawego. Otoczony murem z ogromnych otoczaków, jawił się jako niemal warowny przyczółek — znak, że miasto, jeśli przyjdzie konieczność, stawi opór aż do ostatniego naboju i oddechu. Z wolna zbliżał się do fosy — powiew znad jej wód niósł z sobą chłodną woń wilgoci. Minął kolumnę z omszałego piaskowca, wyglądającą niczym pręgierz, okutą w żelazne obejmy z potężnym uchem dla przywiązywania przewinionych. Przysiadł nieco w siodle, gdy koń wgramolił się na ostatni stok traktu prowadzącego ku mostowi. Tutaj zgromadził się tłumek pospólstwa oczekującego wjazdu do miasta.
Most ów, drewniany, oparty był na licznych palach i przerzucony nad pierwszym pasem fosy, zdawał się wąskim gardłem całej drogi. Przed nim rozpościerał się trójkątny plac, zapełniony furmankami, tobołami podróżnych, końmi zaprzężonymi w powozy, bryczki i rozmaite dwukółki. Ludność zebrana na tym obszarze tworzyła jeden wielki, kłębiący się kołtun: krzykliwy, niespokojny, nieskładny. Jakikolwiek porządek dawno już tu ustąpił miejsca zamętowi. A wszystkiemu temu winna była straż tutejsza — przynajmniej pięciu zbrojnych. Dwaj stali z halabardami starych wzorów, których ostrza przegradzały przejazd niczym brama. Reszta, stała znudzona u drzwi małej, murowanej strażnicy po prawicy, wtulonej w stok prowadzący do fosy. Z dachu owego domku, pokrytego karmazynową dachówką, sterczał lichy komin, z którego sączył się ciemny opar spalenizny. Kolej pojazdów i nagromadzona tu ciżba wydawała groźne pomruki, jawnym wzburzeniem dając wyraz swej niecierpliwości. On jednak wjechał odważnie w ten rozdrażniony tłum. Widząc jego mundur i dumne, wyniosłe oblicze, ludzie poczęli ustępować z drogi, niechętnie jeno, czyniąc przejście. Szemranie ich, iż się bez kolejki wprasza, pozostawił za sobą bez jednego słowa ani spojrzenia. Konia zatrzymał ledwie ruchem stóp przed samym ostrzem halabardy. Wypatrzywszy wzrokiem przełożonego straży, przywołał go ruchem dłoni, co sprawiło, że ten oderwał się od drzwi strażnicy.
— Pan dowodzi tym rozgardiaszem? — odezwał się z wysokości siodła. Tamten podbiegł żywo, przepychając się przez zgraję zgromadzonych i brutalnie odsuwając na bok korpulentną przekupkę z ogromnym koszem wiklinowym na ramieniu.
— Jawohl, Herr Major! — rzucił, szybkim spojrzeniem ogarnąwszy srebrno-czarną Offiziersschärpe37 oraz przytroczony pod brodą mirliton, a nade wszystko jego biały pompon z czarną falbaną. Następnie stanął sztywno na baczność, trzaskając drewnianymi obcasami.
— Posiadam rozkazy od samego Najjaśniejszego, by niezwłocznie stawić się u generała von Thiele38 — rzekł i sięgnął do sabretaszy, dobywając dokument upoważniający do wjazdu do miasta. Pochylił się, by podać pismo, lecz nie zsiadł z wierzchowca. Żołnierz przyjął list z ostrożnością, pieczęć królewską łamiąc z szacunkiem, po czym rozwinął papier. Przebiegł tekst uważnym wzrokiem, zatrzymując się na zamaszystym podpisie Jego Królewskiej Mości, ozdobionym dostojnym szlikiem39.
Uniżenie podniósł dłoń do nakrycia głowy, po czym ze czcią oddał pismo z powrotem majorowi.
— Witam Wielmożnego pana, w naszych skromnych progach — stwierdził nieco sarkastyczne spozierając bokiem na tłum kłębiący się opodal. — Pomoc pańska zaiste będzie nieoceniona. Zaraz otworzymy przejazd, jeno przy samej Nicolai Thor natraficie na jeszcze jedną kolejkę, gdzie i reszta oczekuje wjazdu do miasta Rozkaz mamy by przepuszczać w godzinę jeno trzy wozy i tuzin pieszych. Dla pana majorze zrobimy oczywiście wyjątek. Zatem i tam kolejkę możecie śmiało ominąć i zajechać aż do straży. Mamy nieubłaganie każdego kontrolować, szpiegów i zdrajców z pośród tłumu wyłuskiwać.
August skinięciem głowy podziękował, papier chowając za mankiet kurtki i cierpliwie oczekiwał usunięcia halabard sprzed Donnara. Dowódca patrolu, szybkim gestem, przywołał kolejnych dwóch żołnierzy stojących u progu domku strażnika, którzy to odgarnęli napierający tłumek, zagradzając mu przejście na most. Przeszkoda została uniesiona, a końskie kopyta zadudniły miarowo po wysłużonych deskach. Miał on może z sześćdziesiąt kroków długości i szerokość na dwa wozy. Prowadził ku sztucznej wyspie usypanej dla oddzielenia pierwszej fosy od drugiej, tej przyległej do murów miasta. Przejechał ją spokojnie, mijając dwa murowane szańce, po czym skręcił w prawo, by po kilku krokach ponownie zwrócić się w lewo na kolejny most, tym razem prowadzący prosto do bramy. Tenże był dłuższy, a w połowie posiadał mechanizm zwodzony, podnoszący fragment ku górze, by w razie napaści uniemożliwić przejazd. Mechanizm ów przypominał framugę bramy wjazdowej do kamienicy, był zbudowany z potężnych belek pomalowanych w ukośne pasy czarno-białe. Po prawej stronie znajdowała się część, unoszona osobno — przeznaczona dla ruchu pieszego. Część ta była znacznie węższa niż owa dla pojazdów, a tę ostatnią wyposażono w dwie dźwignie wyniesione wysoko nad głowami podróżnych, za pomocą których opuszczano pionowo w dół grube na palec łańcuchy. Część dla pieszych była skutecznie blokowana przez szeregi oczekujących ludzi rozmaitej proweniencji i odzienia: przekupki, robotników w cerowanych kapotach, jakiegoś duchownego zawiniętego w zakapturzony habit i tragarzy niosących worki. Zaś przejazd dla powozów zagradzały dwie kryte karety, każda zaprzężona w dwa starannie utrzymane konie. Podczas gdy zwierzęta pozostawały spokojne, ich pasażerowie wykazywali niecierpliwość wielką wobec zaistniałej sytuacji. Kontrola, prowadzona we wnętrzu wysoko sklepionej bramy, ozdobionej trzema płaskorzeźbami tworzącymi święty tryptyk, była staranna i dokładna. Tu halabardy były zbędne — zastępowały je marsowe miny strażników odzianych w niebieskie kurtki z żółtymi wyłogami kołnierzy i mankietów. Skrupulatnie zaglądali w każdy zakamarek powozu, jak i do każdej torby chcącego wjechać do miasta. August zaś wierzył, iż dozna uprzywilejowanego traktowania, co też spowodowało, iż wyminął tarasujące drogę pojazdy i powoli zbliżył się ku wejściu do bastionu. Cień półokrągłej wieży, wznoszącej się na pięć pięter po prawej, wyposażonej w liczne wąskie, okrągłe u podstawy strzelnice, uczynił, iż chłód tu był jeszcze bardziej przenikliwy. Z jej komina w dachu unosił się dym, oznajmiając, że kolacja załogi jest już prawie gotowa. Po lewej zaś stała wieża niższa o dwa piętra, nie posiadająca spadzistego dachu z dachówek, lecz otwarte blanki na górze, zajmowane przez co najmniej tuzin żołnierzy, którzy z góry bacznie spoglądali na zgromadzonych na moście.

Podjechał zatem ku otworowi bramy, gdzie toczyła się awantura między pewnym perfumowanym jegomościem, odzianym w białe rajtuzy, a dowódcą straży w stopniu Feldwebla40. Głosy ich wzajemnie się przekomarzały, okładając się przy tym obelgami, które to, opisywały prowadzenie się ich matek aż po trzecie pokolenie wstecz. August zwinnie zsiadł z węgierskiego siodła i stanął naprzeciw młokosa, który wyglądał na bardzo przestraszonego nie wiedząc co ma biedaczek począć wobec nabierającej tempa awantury, czy mu kazać stanąć na końcu kolejki, czy też uznać go za gościa specjalnego. Lecz oto srebrny emblemat trupiej główki, starannie przypięty do mirlitonu, czynił swoje cuda — sława „Totenkop-Husaren” go wyprzedzała, z czegoż nie omieszkał skorzystać. Sięgnął tedy do rękawa po list i podał bez słowa. Młodzieniec rozwinął papier, ale wyglądało na to, iż niepiśmiennym był. Widząc taką sytuację, z bocznego wejścia podszedł gefreiter41 o twarzy zmęczonej i trzewikach znoszonych, przejął dokument, odsuwając dłonią młodego na bok. Spojrzał na tekst zapisany, a po chwili milczenia chwycił za rękaw dowódcę straży, któremu na wargach już piana bielała. Spojrzeli sobie w oczy, a wyższy szarżą skierował wzrok na list i ku stojącemu w tle Augustowi. Szybko przeczytał treść, co też próbował wykorzystać jego przeciwnik, nacierając groźnie, chcąc siłą i przemocą blokadę sforsować. Gefreiter natychmiast odbezpieczył zamek karabinu i wymierzył w pierś jegomościa, co skutecznie zatrzymało zapędy i zamknęło usta na chwil kilka. Pod sklepieniem bramy zapanowała błoga cisza, którą wszyscy tu zgromadzeni błogosławili.
— Herr Major, czyż to Wasze rozkazy? — dowódca straży wykonał krok w jego stronę. August skinął głową, przyjmując postawę zasadniczą. Wszakże, mimo różnicy w szarżach, to ten człek za wszystko tutaj odpowiadał i wszystkim zarządzał, prawo do ostatecznych decyzji zachowując. Ten drobny gest sprawił, iż natychmiast odmieniło się podejście do nowo przybyłego. Pruska armia od zawsze miała swoje zasady, a kto wiedział, jak je stosować, ten w jednej chwili potrafił los odwrócić na swoją korzyść. Jegomość w białych rajtuzach równie sprawnie zakipiał złością na ów zwrot sprawy i lekceważenie swoich racji, lecz natychmiast został sprowadzony do porządku wypolerowaną kolbą karabinu gefreitra. Kolba okuta w mosiądz, uderzająca w udo, bywała argumentem nader przekonującym, by zamknąć usta i nakazać cierpliwego oczekiwania na swoją kolej.
— Jawohl, Herr Feldwebel! — obcasy wysokich jeździeckich butów zabrzmiały niczym w musztrze. — Polecono mi udać się do Breslau, by przygotować oddział jazdy zaczepno-wypadowej, gdyby Francuz pod mury się zbliżył i oblegać je zaczął — wyprostował się jak struna palce dłoni wzdłuż szwów spodni rozciągając.
Starszy wiekiem feldwebel usłużnie oddał dokument, po czym zasalutował do dreispitzy42 i wyciągnął dłoń ku Augustowi, wyjmując ją przedtem ze skórzanej rękawiczki. Na ten gest nie wolno było inaczej odpowiedzieć, niż tym samym. Nagie, przemarznięte dłonie ujęły się mocno, przekazując wzajemnie energię. W stronę dowódcy straży popłynęła wiadomość, iż może nie wszystko jeszcze stracone, w przeciwną zaś — że twierdza bronić się będzie do ostatniej kropli krwi, co bardzo morale budowało.
— Potrzebuję dotrzeć do Kriegs– und Domänenkammer43, aby się zameldować. Wiesz pan, gdzie to się mieści?
— Z grubsza. Pojedziesz prosto aż do samego Ringu44, miniesz Rathaus45 i dojdziesz do kościoła z dwoma wieżami i mostkiem między nimi. Tam skręcisz w lewo, na północ, i pojedziesz prawie do samej rzeki. Pod koniec musisz dopytać, bo dokładnie nie powiem, lecz jeśli znajdziesz St. Mathias Kirche, będzie to naprzeciw. Jednakże nigdy tam nie byłem, więc nie wskażę z całą pewnością.
— Dziękuję ogromnie. Niezmiernie mi pomogłeś.
— Taka moja rola, Herr Major. Gdybyś kiedyś pod ogniem nieprzyjaciela próbował dostać się do miasta, zawołaj: „Adolf! Tor auf, aber schnell bitte!” 46 — to będzie dla mnie sygnał, by uczynić to bez względu na wszystko.
— Nie masz pojęcia, jak ważne dla mnie są takie postawy. Nazywam się August von Falkenhayn. Jeśli kiedykolwiek zapragniesz zmienić formację i dosiąść konia, daj znać. Tak doskonale ułożonego żołnierza zawsze wezmę pod swe rozkazy — raz jeszcze uścisnęli sobie prawice, a August sprężyście wskoczył na Donnara, spiął go ostrogami, iskry czesząc podkowami po bruku, i wyjechał na plac rozdwojony tuż za bramą. Za plecami awantura rozgorzała ze zdwojoną siłą.
Minął mnogość straganów oferujących świeże jaja, żywe kury, a nawet lisa w drewnianej klatce, otoczonych przez niewielki tłumek kupujących tę ilość asortymentu, po czym udał się szeroką arterią, po prawej wyposażoną w ciąg kamienic z podcieniami. Otoczył go zgiełk wielkiego miasta. Zwyczajne przekrzykiwanie się przekupek, handlarzy, liczne zawalidrogi w postaci furmanek wypełnionych różnorakimi dobrami — od beczek z piwem, przez lniane worki z mąką, po niezliczone pakunki i skrzynie. Podniósł wzrok ku górze, ku wyniosłym frontom kamienic, przyozdobionych fikuśnymi portalami, wykręconymi obramowaniami okien, licznymi detalami architektonicznymi starannie wyrzeźbionymi w piaskowcu, marmurze i granicie. Cienie wieczoru kładły się po kątach bowiem słońce nisko już nad horyzontem stało.
Wiosną tegoż roku minęło bowiem lat czternaście, odkąd August opuścił rodzinne dobra, udając się w świat z młodzieńczą butą i marzeniem o wielkości. Tak przynajmniej sam wtedy pojmował ten akt rozstania. Ojciec jego, szanowny Karl Georg Ferdinand von Falkenhayn47, przeznaczał początkowo swego pierworodnego – a więc właśnie Augusta – do objęcia zarządu nad wszelkimi rodowymi posiadłościami w okolicy osady Falkenhayn48, leżącymi nieopodal Altheide49. Niestety, pomimo niemałej cierpliwości oraz czułej wyrozumiałości ojcowskiej, starszy syn przejawiał znacznie większe upodobanie do koni, pojedynków na drewniane klingi i manewrów wojennych, niźli do spraw pasterskich, sianokosów czy troski o bydło tudzież jakość ziarna. Zatem w roku Pańskim 1792 postanowiono, iż zarząd nad dominium przejmie młodszy z braci, Karl Friedrich, zaś August wyruszy w dal, by podjąć służbę w najchwalebniejszym z możliwych orężów – armii królewskiej pruskiej. Ze względu na swe niepoślednie obycie z końmi oraz wrodzoną fantazję skierowany został do formacji kawaleryjskiej, a dokładniej – do regimentu huzarów. Wybór padł na Regiment nr 7, noszący imię von Usedom. Generalleutnant Adolph Detlef von Usedom50, znakomity żołnierz i człowiek wielkiej cnoty, powołał do życia tenże regiment już w roku 1775. Niestety, kilka miesięcy po tym gdy August wstępował w jego szeregi, ów zacny generał odszedł na wieczną służbę, otoczony miłością rodziny i szacunkiem podkomendnych. Jakkolwiek nazwisko jego pozostało żywe w nazwie pułku, którą nosił on także w latach późniejszych, gdy w roku 1804 dowództwo objął jego bliski krewny, Friedrich von Usedom.
Tak rozpoczęła się długa i owocna służba Augusta, który w barwach huzarskich przeżył niejedno. Lata owe przyniosły mu naukę karności, posłuszeństwa, wytrwałości i wojennego rzemiosła – począwszy od walki w zwarciu, poprzez celne strzelanie z karabinu, aż po biegłość w panowaniu nad rumakiem. Regiment stał się dlań nie tylko kuźnią cnót wojskowych, ale i szkołą życia – uczył bowiem nie tylko posłuszeństwa, ale i samodzielnego rozsądzania. Z uwagą śledził też przemiany w armii królewskiej, lecz nie mógł pojąć, jak to się dzieje, iż w zmieniającym się świecie ciągle niezmienne pozostają sposoby myślenia wojskowego niektórych dowódców. Wespół z kręgiem przychylnych mu oficerów, usiłował wpłynąć na odmianę owych metod wojennych, lecz póki obowiązek i wierność rozkazom były mu naczelnym prawem, wykonywał je bez słowa sprzeciwu, nawet wbrew własnemu rozeznaniu. Wszystko to trwało aż do chwili, gdy dane mu było służyć pod dowództwem generała Blüchera — człeka światłego, który umiał nie tylko słuchać młodych oficerów, ale i rozmawiać z doświadczonymi, a co najważniejsze – umiał dowodzić tak, by osiągać wytyczone cele. Między nimi zrodziła się osobliwa nić porozumienia, zrazu ledwie uchwytna, a w końcu silna jak stal. To właśnie ona sprawiła, iż generał, nie szczędząc pochwał, zarekomendował Augusta jako najlepszego kandydata do powierzonej mu właśnie misji.
August, jako człek obeznany z topografią Śląska, z jego mieszkańcami i ich zwyczajami, śmiały w boju i bystry w decyzji, umiejący działać pod ogniem armat i salwami muszkietów – został wybrany bardzo świadomie. Był to zaszczyt niemały, lecz i ciężar wielki na barki mu położono. Miał tego świadomość całkowitą.
Więc wspomnienia, towarzyszące mu w tej podróży, również nie były bez znaczenia…
Kiedy to opuścił dobra rodowe w sąsiedztwie Altheide, zaopatrzony przez ojca nie tylko w wybornego wierzchowca bojowego jak i konia jucznego, lecz i w cały rząd mundurowych kurtek, spodni oraz niepoślednią sumę w gotowiźnie, poczuł w sercu chęć zaznania uciech podróży, poznania nieznanych stron, nawiedzenia miast dotąd nieoglądanych. Przeto pierwszym miejscem dłuższego spoczynku stało się dlań Glatz51, gdzie zatrzymał się na kilka dni, dając się ponieść młodzieńczej fantazji, której zaznał nie tylko w beczkach z piwem, ale i między nadobnymi piersiami licznych kochanek. Stamtąd, dnia pewnego, w stanie mocno podłym, na skutek nadmiernych libacji trunkowych, ruszył w kierunku północnym, ku Breslau, gdzie znów zatrzymał się na parę dni zaledwie, choć serce rwało się do dłuższego postoju. Roztropność jednak, która nie całkiem go jeszcze opuściła, kazała mu zachować przeszło połowę zabranych środków na dalszą podróż, albowiem przeczuwał, iż zbytnie uleganie uciechom i rozrzutność mogłyby przekreślić jego starania o przyjęcie do tej znamienitej, tak w całej Europie poważanej, armii pruskiej.
Po wszystkim, z ciężkim sercem opuszczał owo miasto, gdzie odwiedził był niemało szynków, oberż i domów uciechy, nie mając najmniejszej pewności, czy kiedykolwiek dane mu będzie jeszcze raz nawiedzić jego ulice. Wywoził stamtąd niezliczone wspomnienia: mnogą ilość kufli piwa wychylonych, kielichów wina opróżnionych, flaszek wódki wzniesionych za zdrowie towarzyszy i nieznajomych. Również – choć szeptem jedynie wspomnieć wypada – nosił w sercu obrazy niewieścich wdzięków, które to łase na blask huzarskiego munduru, bez zbędnych ceregieli oddawały się jego woli, jakby sam Mars bądź Apollon w ich progach stanął.
Dlatego teraz, siedząc wysoko na Donnarze, jadąc przez miasto, wspominał ów pobyt z zadowoleniem, co wywoływało niezamierzony uśmiech. Podświadomie szukał wzrokiem miejsc, które miał okazję wówczas odwiedzić. Dopiero mijając Rathaus dostrzegł wysklepione, drewniane, mchem porośnięte wrota prowadzące do piwnic pod budynkiem. Tam wychylił niezliczoną ilość kufli piwa w zacnym towarzystwie.

Pragnąc oddać się wspomnieniom, zeskoczył z konia, minął kilka drewnianych bud, które mięsnemi wyrobami i podrobami rozmaitemi kusiły, a unoszące się wokół zniewalające wonie wędzenia czy smażenia sprawiły, że zaburczało mu donośnie w brzuchu. Pociągnął tedy Donnara za sobą, co wiernie krok w krok za panem swym podążał, odszukał ucho, którym konie do muru budynku przywiązywano, skorzystał z niego. Zaś na pysk zwierzęcia worek z obrokiem narzucając i żwawym krokiem udał się ku szeroko otwartym odrzwiom. Pod ziemię zstąpił po trzeszczących, drewnianych schodach, mających barierkę ażurową, i rozejrzał się za wolnem miejscem. Niestety takich było niewiele, jednak gdy ober obszerny zauważył mundur jego i znak na mirlitonie, który prędko na ramię opadł, podbiegł, choć nóżki miał pałąkowate i wąskie.
— Czemże mogę szanownemu panu służyć? — zapytał uniżenie.
— Pragnąłem jeno wychylić kufel piwa — rzekł August. — Może to być przy kontuarze, jeśli miejsc wolnych nie znajdziecie.
— Wielmożny pan musi wybaczyć — odparł ober zakłopotany. — Dziś miejsc brak, lecz mogę zaprowadzić pana majora do Stamtisch52 moich przyjaciół, który teraz akurat wolny stoi.
— Prowadź, proszę — uśmiechnął się August.
— Wird gemacht!53 — odparł ober. — Skądże pan major przybywa? O ile wolno pytać.
— Od samego Najjaśniejszego — rzekł August, zmrużając jedno oko ku oberowi. — Lecz to tajemnica wojskowa, więc może zajść potrzeba, aby pana uśmiercić gdybym ją wyjawił.
Rozwarł usta w uśmiechu tym samym słowa swe w życzliwy żart obracając i poklepał obera po ramieniu. Ten nie uciekł przerażony, ale zaprowadził gościa do zacisznego kąta, gdzie stał okrągły stół na wysokiej nodze, przykryty sztywno wykrochmalonym obrusem z kwiecistym wzorem.
— Der Herr Major geruhe zu warten, ich bringe Ihm sogleich ein Krüglein von unserem vortrefflichsten Biere!54
— Vielen dank!55
Ober oddalił się truchcikiem za przepierzenie z klepek dębowych, pozostawiając gościa samemu sobie. Ów zaś, bacząc na regulamin, złożył pieczołowicie czako na obrusie, przygładził dłonią ciemne włosy, po czym wydobył fajkę zza podszewki nakrycia głowy i z wielką starannością nabił ją wonnym zielem. Skłonił się nad świecą, co już niemal do knota wypalona, i z nie lada kunsztem zapalił tytoń, wykazując się przy tem niemal cyrkową zręcznością. Płomyk przeskoczył na cybuch, a aromatyczna chmura dymu o czereśniowej nucie wzniosła się leniwie ku piwnicznemu sklepieniu do oparów licznych tam zgromadzonych dołączając. Przy wysokim stole nie było żadnego hokera czy też krzesła, zatem musiał pozostać przy nim na stojąco.
Rozglądnął się po izbie, gdzie zgromadzeni byli mieszczanie w surdutach sztywnych niczym kościelna ława, z obliczami pełnemi godności i sytości. Widać było po nich znamiona przynależności do sfer wyższych: sygnety błyszczały na palcach, bransolety kołysały się na przegubach, a srebrzyste spinki trzewików połyskiwały z każdym ruchem. Rajtuzy lśniły od wygładzenia, a brody i baczki przycięto z aptekarską precyzją. Rozmowy brzmiały w każdym zakątku lokalu, poważnych spraw dotykając, od cen drobiu, przez zalety handlu z Austrią, po obecną sytuację wojenną w przeważającej większości.
Jeden z takich panów, wsparty na lasce z hebanu, śmiało zbliżył się ku huzarowi i bez ceregieli przemówił:
— Huzar z Totenkopf-Husaren? Toć to widok u nas nader egzotyczny — rzekł z ciekawością chropowatym głosem.
— Owszem — odparł August, wpatrując się weń z zainteresowaniem.
— Rzadko tu waszmościów gościć możemy.
— Przybyłem z misją szczególną do Breslau. Wojsko wypadowe szkolić będę gdyby francuz pod mury podejść raczył.
— Więc znaczy się, gotowi będziecie stanąć w obronie miasta, gdyby zaszła takowa potrzeba?
— Taki mam zamiar: kąsać wroga wszelkimi możliwymi sposobami jakiem pod Jeną czy Auerstädt czynił.
— Walczył pan już z nimi? — zdziwił się wyraźnie zaskoczony.
— Ach ja! Pod Blücherem szarży kilka prowadziłem. Jednakowoż bez spektakularnego efektu jak pan z pewnością doskonale wie. — Skrzywił się kwaśno na wspomnienie przegranych bitew.
— Oj tak. Trwogą mnie to napawa. Wróg zmierza w naszą stronę? Wie pan może?
— Zakładam, że tak, choć pewności brak. Szykować się do walki zatem niezwłocznie należy.
— Czy to aby nie zbyt defetystyczne myśli mości panie?
— Proszę o wybaczenie jeśli tak zabrzmiało, ale zadaniem wojska jest być zawsze gotowym. Nawet na najgorsze, by wyzwaniu temu sprostać, choćby najtrudniejsze było i kraj obronić.
— Tedy, za kogo mości pan walczyć będzie? — zdumienie malowało się na obliczu jego niczym obraz olejny, ale uśmiechem okraszone oblicze wskazywało, że gość ów w lot załapał równie żartobliwy ton Augusta, że nie jest to defetyzm wspomniany, a kolejna pomoc jaką August dla miasta stanowi.
— Za Jego Królewską Mość bez wątpienia. Za waszmościa zaś… tu śmiałbym nieco powątpiewać — roześmiali się wespół jakby znali się od lat wiele kolejek razem tutaj wychylając.
Wtem, jakby z czeluści piekielnych, przed nim pojawił się kufel omszały od zimna, z którego wypływała gęsta pianka niczym korona piwnego majestatu. Zwilżył nią usta, ledwie pociągnąwszy łyczek złocistego trunku, po czym z satysfakcją skonstatował, iż smak ów, od czasu jego ostatniego pobytu w tem przybytku, nie uległ żadnej odmianie.
Po godzinie z okładem i spożyciu pieczystego z kaczki z kluskami, utopionymi w gęstym, ciemnym sosie, z buraczaną przystawką, a także po wychyleniu kolejnej pinty piwa, uznał August, iż dość już tego zbytku i obżarstwa przeplatanego żartami czy wspomnieniami. Uregulowawszy rachunek, pożegnał się godnie z oberżystą, złożył ukłon usłużny jegomościowi mieszczaninowi, który oparty był na lasce, po czym wyszedł na rynek, już prawie spowity mrokiem zapadającego zmierzchu. Odwiązał tedy Donnara i poprowadził za sobą.
Wychynąwszy zza narożnika, ujrzał dwie wyniosłe wieże Maria Magdalena Kirche56, połączone mostem, którego balustrada rysowała się na tle granatowego nieba. Wiedział już, dokąd winien się udać. Minął zatem strzelisty pręgież, stojący na rozległym placu, otoczony wianuszkiem rozlatujących się bud i kramów przykrytych płótnem w kolorowe pasy, a następnie wkroczył w ciasną uliczkę, wybrukowaną nierówno ułożonemi otoczakami. Na narożniku niskiej kamienicy ktoś niedbale przybił szyld, na którym wymalowano od niechcenia nazwę: Hintermarkt57. Po obu stronach ulicy stały budy z niechlujnych desek sklecone, przed któremi gospodarze z zapałem zachwalali swój towar: kury w rozlicznych stadiach rozwoju — od żółtych kurcząt, przez dorodne nioski, aż po wielkie koguty w klatkach, spiętrzonych na kształt stromych wieżyc. Nie brakło też jaj wszelakiego autoramentu. August nie zwracał uwagi na nawoływania handlarzy. Ciągnąc za sobą Donnara, przeszedł na plac przykościelny, z granitowych płyt ułożony. Przylegał on do szerokiej ulicy, wiodącej ku północy. Znał już więc kierunek, w którym się uda. Ruszył tedy w poszukiwaniu kolejnej świątyni, albowiem w jej pobliżu miała się znajdować kamienica, gdzie urzędowała komendantura twierdzy.
Za trzecim rogiem odnalazł, czego szukał. Stał tam niewielki kościółek, przycupnięty u skraju skwerku, otoczonego murkiem z piaskowcowemi tralkami. Przestrzeń jego wypełniały nagrobne płyty, których wiek sięgał co najmniej średniowiecza. Świątynia była nieokazała, z jedną, szpiczastą dzwonnicą i pobielanem bocznem wejściem.
Przystanął na skrzyżowaniu, obrzucając badawczem wzrokiem zarówno ludzi, jak i zgromadzone tutaj zwierzęta. Przy murze stało z tuzin koni, różnobarwnych i różnego pochodzenia, uwiązanych wzdłuż. Otaczała je niemal dwukrotnie większa liczba wojaków — to patrol nocny gotujący się do wymarszu, to młodzi gońcy, którzy dzielili się wskazówkami, którędy najszybciej dotrzeć do celów, a to oddział zdrożony odpoczywający po forsownym marszu. Była to gromada starych wyjadaczy, żołnierzy, którzy na niejednej kampanji trzewiki zdarli — stali nieporządnie wokół trójnogów ustawionych z karabinów, na około których walały się plecaki, chlebaki, pasy, ładownice.
Ów pozorny nieład ustąpił natychmiast, gdy z naprzeciwległej kamienicy wyszedł Sergeant58, dzierżąc w dłoni zwitek papierów. Frędzle epoletów niemal zamiatały bruk. Na jego widok całe to żołnierskie towarzystwo podniosło się z miejsca bez najmniejszej komendy, każdy zebrał swój rynsztunek, ustawił w równym szeregu i postawę zasadniczą przyjął. Na jasnem murze plebanii tańczyły ich cienie, rzucane przez dwa kosze żarzącego się drewna i węgla rozstawione na placu. Padły krótkie komendy i oddział, w porządku iście wojskowym, wymaszerował w wąską ulicę wiodącą ku zachodowi, zabierając za sobą dwóch młodych gońców, którzy dołączyli na końcu kolumny.
August zrozumiał wówczas, że oto dotarł do celu. Przywiązał zatem Donnara do jednej z piaskowcowych tralek, po czem, minąwszy jeden z koksowników, skierował swe kroki ku podwojom narożnej kamienicy, przed którą postawiono straż w osobach dwóch gefreitrów59, wyglansowanych i wyprostowanych niczym struny. Na jego widok, z żołnierską precyzją wykonali komendę: „Präsentier das Gewehr!”60 August, odziany w pełne umundurowanie, przeszedł między nimi nie powstrzymywany, nie zatrzymywany, nie zaszczycony nawet cieniem sprzeciwu. Drzwi przed nim otworzono jakby wkraczał do królewskich komnat. Ledwie przekroczył próg, a zatrzymało go biurko, ustawione w sposób tamujący dalsze przejście. Zza owego biurka rozległ się głos, ostry niczym brzytwa:
— Herr Major w jakiej sprawie? — pytanie zadał żołnierz w świeżo obstalowanym, a na pewno starannie wyszczotkowanym, mundurze, o twarzy długiej, pociągłej, z nosem orlim i włosami dokładnie zaczesanemi na bok — był to z pewnością młodzieniec, który prochu jeszcze nie wąchał. August, bez słowa, wydobył zza mankietu pismo, które podał ponad blatem, nie fatygując się nawet przyjęciem postawy zasadniczej. Mirliton zdjął z głowy niedbale i położył na biurku, przygniatając jakoweś rozrzucone tu papiery.
— Sprawa niecierpiąca zwłoki. Z generałem von Thiele widzieć się muszę — rzekł z nonszalancją. — Jeszcze dzisiaj — dodał mimochodem.
Młokos rozwinął pismo, przebiegł je wzrokiem i w okamgnieniu poderwał się z miejsca, tak nagle, że taboret, na którym siedział, runął z łoskotem na kamienną posadzkę. Zbliżył kartę do oczu, gdyż w przedsionku, który zajmował, światła było zgoła niewiele — jeno dwie świece, mocno już wypalone, dawały nikłe, migotliwe płomyki. Prawa dłoń uniosła mu się ku czole, jakby chciał zasalutować, lecz rychło pojął, iż czapkę swą odłożył i nie ma do czego przykładać dłoni.
— Haaaaanss! — wrzasnął z całej piersi, i niemal w tejże chwili z korytarza oddzielonego podwójnemi drzwiami lakierowanemi na brązowo, wpadł żołnierz — człek krępy, barczysty, w równie nieskazitelnym mundurze, ale o twarzy jakby znacznie posępniejszej.
— Pędźże zaraz na górę i zapukaj do pana generała, sprawdź jeno, czy już naradę zakończył. Gościa ma ważnego, którego nie godzi się trzymać w niepewności.
Zwróciwszy się do Augusta, ów Cerber rzekł: — Pana majorze zaproszę do poczekalni — po czem uczynił zapraszający gest lewą ręką, wskazując drzwi, za któremi Hans zniknął przed momentem. Uchylił je z usłużnością dworzanina, przepuszczając gościa przodem, ale natychmiast wybiegł naprzód, by otworzyć kolejne drzwi, po prawej stronie.
Znaleźli się w długim korytarzu, wykładanym dębową boazerią, u którego kresu wznosiły się szerokie, zakręcone schody z potężnemi poręczami, prowadzące na piętro. Lewą stronę korytarza zajmował szereg drzwi, opatrzonych białemi tabliczkami, zdradzającemi przeznaczenie pomieszczeń: buchalter twierdzy, dwaj adiutanci, oficer dyżurny. Prawą zaś stronę, nie licząc poroży zawieszonych na ścianach, zajmowały dwie pary szerokich, przeszklonych do połowy drzwi, prowadzących do sali rozciągającej się wzdłuż całej bocznej ściany kamienicy. Sala ta, do której wprowadzono Augusta, była przestronną poczekalnią — z kilkoma długimi stołami, szeregami krzeseł, portretami wiszącymi na ścianach i kredensami, licznie stojącymi przy dębowej, ciemnej boazerii. Zaledwie wszedł w progi owej komnaty, a gwar rozmów, co dotychczas niósł się od stołów, ustał w jednej chwili, niczym nożem przecięty. Tuziny oczu wnet zwróciły się ku niemu, a usta, co pod niemi wisiały, rozdziawiły się szeroko w niemej zadumie lub zdziwieniu.
— Proszę spocząć, Herr Major — odezwał się młodzian, wskazując ręką wolne miejsce przy jednym z długich stołów — gdy jeno generał uwolni się z narady, niezwłocznie Waszmościa zawezwę.
Przysiadł tedy August, a kolejny młodzik, nie więcej jak lat dwudzieścia mający, z twarzą pooraną śladami po ospie i w niebieskiej kurtce, żywo pochwycił swą dreispitzę i usłużnie odsunął uwalniając nieco większy kawałek szerokiej ławy. Oczy jego, szerokie z zaciekawienia, błądziły po huzarskim mundurze Augusta, jakoby pierwszy raz w życiu widział takowego, a już z trupią główką na mirlitonie — tym bardziej. Naprzeciwko zaś siedział Wachmeister61 korpulentny, z obliczem czerwonem, poprzecinanem pająkowatą siecią żyłek, który również wpatrywał się weń z miną, jakby spodziewał się ujrzeć nie człeka, lecz jakowegoś dziwoląga z leśnej gęstwiny. Usta rozwarte zdradzały nieporządek zębów, połamanych i brudnych, pomiędzy którymi przewijał się ustnik fajki porcelanowej, z wolna dymiącej.
Odźwierny tymczasem powrócił do swych powinności, zaś gwar rozmów, zrazu nieśmiały, począł wracać w mury sali, nabrzmiałej żarem od kominkowego ognia. Zebrani, ożywieni nowoprzybyłym, wkrótce wracali do swych przerwanych opowieści i dysput. Tym bardziej, że zza drzwi bocznych, gruba jejmość w kraciastym fartuchu naręcza drewnianych misek kaszy ze skwarkami wyniosła po stołach je starannie rozkładając.
— Na cóż to czekacie, panowie? — zagadnął August swych sąsiadów.
— Ja czekam na przydział do baterii. W artyleryji służę — odezwał się grubas, dumnie wypinając pierś. — Ze Schweidnitz62 właśnie przybyłem. Tam ludzi wiele, lecz armat mało. Mówiono, iż w Breslau więcej się z Francuzem dziać będzie — dodał z uśmiechem, który jednak zbyt zachęcająco nie wypadł.
— Walczyłeś już z nimi?
— Nie, niestety, jeszcze sposobności nie miałem, lecz szkołę przeszedłem gruntowną. Z pewnością na coś się przydam. Wolę walczyć, niźli czekać bezczynnie, aż mi dom spalą i rodzinę przegonią.
August skłonił głowę w zrozumieniu, po czym zwrócił się do młodziana:
— A ty?
— Mnie z Cosel63 przysłano. Mam tu wpierw doświadczyć wojennej rzeczywistości, a potem wrócić do swoich by ich należycie na nadchodzącą walkę przygotować. Czekam na rozkazy bo na górze narada nadal trwa — zakończył.
— Wierzę, że Jego Królewska Mość znajdzie w was godne sługi, i że przyczynicie się do zwycięstwa nie tylko odwagą, ale i rozwagą oraz biegłością w sztuce wojennej. — August sam siebie zadziwił, że temi słowy przemówił. Nie było to bowiem w jego zwyczaju prawić morały. Z reguły był człekiem praktycznym, czyniącym, co potrzeba, nie zaś wygłaszającym przemowy. Lecz teraz niepokój go ogarnął, iż przyszłość królestwa złożona została w ręce tak młode, tak nieobyte z ogniem bitewnym.
— A Pan? Wojował pan już z nimi? — zapytał ospowaty młodzian z ciekawością.
— Owszem. — odparł z niejakim ociąganiem. Nie chciał, by poczytano go za samochwałę lub pyszałka. W tym towarzystwie, pełnym zapału i wiary, nie przystoiło się wynosić.
Wtem dłoń czyjaś spoczęła na jego ramieniu. Odwrócił głowę w prawo, a za dłonią twarz ukazała się z lewej strony. Twarz ta była szczupła, ogorzała, z czarnymi, jakby wypalonymi, kropkami tuż pod skórą, coś jakby tatuażem naznaczona.
— Herr Major, pozwoli pan na słowo?
— Ależ naturalnie. — zaprosił gościa do stołu.
— Naumburg. Tam byłem. — rzekł przybysz tonem, co na pograniczu groźby i podziwu się wahał. Młodziki po obu stronach stołu zamilkli z przestrachem, jakoby czekali, co też z tego wyniknie.
— Dzięki pańskiej szarży zdołaliśmy armaty ustawić i prać kirasjerów Davouta, aż spieprzali ile sił w pęcinach. Pragnę panu podziękować. To był czyn desperacki, bardzo odważny co nam tyłki ocalił. Od owej pory mam dla pana niemały szacunek. Szczerze pana podziwiam. — August podniósł się od stołu i zamaszyście ujął wyciągniętą ku niemu spracowaną dłoń.
— Nie macie pojęcia, jak wielką mi to czyni radość, iż mogłem się na coś przydać — rzekł z ujmującym uśmiechem.
— O, przydał się pan, przydał — odparł tamten, z uznaniem kiwając głową. — Inaczej dostalibyśmy takie baty, że nie wiem, jakby się to wszystko dla nas skończyło. Słyszałem, jak sam feldmarszałek Blücher wspominał, że gdyby nie pańska akcja, to francuziki wdeptaliby nas bagnetami w tę błotnistą ziemię jak kapustę w beczkę.
August ponownie, nie chcąc sprawiać wrażenia pyszałka, uśmiechnął się lekko pod nosem, nie znajdując ani stosownego słowa, ani też godnego gestu, by odpowiedzieć na tak szczere wyznanie. Artylerzysta poklepał go raz jeszcze po ramieniu i odwróciwszy się na pięcie, oddalił się ku swoim towarzyszom zasiadającym u stołu w rogu izby. Tam też, spocząwszy między nimi, począł opowiadać historię, której sam był uczestnikiem, a której głównym bohaterem niechcący stał się młody major. Głowy zebranych wokół niego wojaków kiwały się rytmicznie, jakby nad sensem kazania, a ich spojrzenia, pełne wyraźnego szacunku i niekłamanego podziwu, kierowały się od czasu do czasu ku Augustowi. Gdyby który zapragnął, mógłby w nich odnaleźć nawet iskrę uwielbienia. Lecz nim zdołał otworzyć usta, aby podzielić się choćby słowem z młodzieńcami przy swoim stole, którzy ze zdziwienia i zaskoczenia gęby pootwierali, drzwi do izby otwarły się gwałtownie, a w ich progu stanął chłopiec, który wprowadzał go w te progi.
— Herr Major! Pan Generał życzy sobie z panem mówić.
Bez słowa ruszyli przeto w ciemny korytarz o brunatnej boazerii prosto na szerokie schody. Milczenie towarzyszyło im nie tylko z ich własnej woli — także zebrani w poczekalni, ciekawi goście, wstrzymali oddech i wzrokiem odprowadzali idącego z powagą Augusta niekiedy łyżki z kaszą w pół drogi do ust zatrzymując. Na piętrze przywitał ich niemal identyczny korytarz, jeno z większą liczbą pojedynczych drzwi wypełniony kilkoma oficerami nakładającymi nakrycia głowy i szykujących się do rozejścia do kwater swoich. Młodzieniec poprowadził go ku ostatniej sali po lewej i tam zapukał nieśmiało. Na twarde „Herein!” 64 uchylił je z szacunkiem i przepuścił majora. Ten wkroczył żwawo do przestronnej komnaty narożnej, której okna wychodziły zarówno na placyk przed frontem kamienicy z cmentarzykiem przy kościele z jedną tylko wieżą, oświetlony migotliwymi płomieniami koksowników, oraz po lewej na szeroką ulicę, którą nie tak dawno przeszedł od Maria-Magdalene-Kirche. Stanął w pozycji Stielgestanden prezentując mirliton na lewym przedramieniu, jak instruował regulamin.
Generał wstał zza szerokiego biurka, ukazując się w całej okazałości swej osoby. Krótkie, do czoła przylizane włosy układały się niczym pancerz hełmu, zaś obfity wąs i wąska, zaniedbana bródka sprawiały wrażenie, jakby zapomniały o istnieniu grzebienia i pomady. Wąskie, przekrwione oczy, okolone kanciastymi brwiami, wwiercały się w przybysza spojrzeniem pełnym czujności. August stanął naprzeciw bez cienia skrępowania czy obawy.
— Niezmiernie mnie raduje, że mogę was powitać, Herr Major, w murach naszej twierdzy. Nie wiecie nawet, jak bardzo wyczekiwałem kogoś pokroju waszego. — po twarzy jego przebiegł grymas, który w przypływie optymizmu nazwać można by było uśmiechem.
— Tym większym zaszczytem będzie dla mnie służyć pod dowództwem pana generała — odrzekł z pokorą, a za jego plecami zaszemrał papier. August rzucił okiem przez ramię i dostrzegł, iż gabinet generała graniczy z sąsiednim, znacznie obszerniejszym pomieszczeniem, gdzie wznosił się wielki stół, jakby do prowadzenia odpraw stworzony. Oba pokoje oddzielały drzwi rozsuwane, podzielone na cztery skrzydła. Tam, pośród arkuszy map i stosów dokumentów, krzątał się adiutant — człek o szczurzej, poszarzałej twarzy, z bujnymi bokobrodami i oczami rozwodnionymi niczym zawartość garnca po cienkiej, obozowej zupie. Skinął głową Augustowi i usunął się w cień, który spowił go tak szczelnie, iż nie było widać czym się zajmuje, ani czy tego czy wyszedł zostawiając ich samych. Wszak żadne zawiasy nie skrzypnęły, ni zamki nie trzasnęły.
— Zaraz mam naradę z artylerzystami. Proszę mi wybaczyć, lecz w tej twierdzy musimy wiele jeszcze wysiłków włożyć by gotowymi być do obrony. Tym bardziej się więc cieszę, że dano mi pod rozkazy człeka takiego jak pan — uśmiechnął się spod masywnego wąsa swego. — Gdyby Francuz podszedł pod mury, będę miał kim ich kąsać. To perspektywa wyborną jest. Lecz… — zawiesił głos w sposób znamienny.
— Lecz? — powtórzył zaciekawiony August.
— Lecz nie posiadam tak wybornego oddziału jazdy, jakim pan dotąd dowodził. Mam szereg jeźdźców z różnych formacji kawaleryjskich, ale nie stanowią oni ani zgranego zespołu, ani wiele nie wiedzą o walce w polu, ani też, tym bardziej, nie czują respektu przed stojącym przed nimi wrogiem — zasępił się.
— Chce pan generał rzec, iż w twierdzy brak jest regularnego oddziału jazdy, którym mógłbym się zająć?
— Tak, właśnie to mam na myśli — pokiwał smutno spuszczając wzrok ku ciemnej podłodze z grubych desek.
— Ale jest tu jakaś zbieranina ludzi, z których mógłbym spróbować uformować coś na kształt husarii, zdolnej nękać przeciwnika na przedpolu? — próbował się upewnić.
— Zasadniczo nie, jednolitego oddziału brak, lecz rozkazałem zgromadzić wszystkich ozdrowieńców, dezerterów, wszystkich choć odrobinę gotowych do walki w siodle, w stajniach Arsenału Piaskowego. Tam mamy zapasy siana dla zwierząt, boksy na konie, a na piętrze kwatery dla żołnierzy. Tam też wszyscy oczekują rozkazu. Przejmie pan komendę?
— Z takimż to zadaniem Najjaśniejszy mnie tu posłał. Postaram się stworzyć z powierzonych mi ludzi coś na wzór, choćby częściowo, przypominający jazdę, zdolną atakować wroga wypadami poza mury.
— Bardzo się cieszę z tego obrotu spraw — w sąsiednim pokoju znowu zaszeleściły papiery. — Martwiłem się, czy będę mógł dysponować tak sprawnym oddziałem w tym celu. Lecz po lekturze tego listu — wskazał na trzymany w dłoni dokument — wierzę, że będziemy gotowi, gdy wróg podejdzie pod mury.
— Cieszę się zatem, iż będę mógł być pożyteczny.
— Niezwykle. Przejdzie pan tedy, jak wspomniałem, do Arsenału Piaskowego. Tam kapitan Klingermann, pełniący obowiązki szefa kompanii, czeka na rozkazy. Hans, z dołu, zaprowadzi pana na miejsce. Ów kapitan przydzieli dziś panu kwaterę tymczasową, a rankiem zadba o kwaterę na mieście godną oficera. Jeśli przyjdzie do rozliczeń, proszę kierować wszelkie rachunki do buchaltera twierdzy, który je ureguluje, tu, na dole. Proszę przejąć komendę nad tą kompanią i wykorzystać czas, jaki nam pozostał, byśmy nie musieli się wstydzić, gdy przyjdzie co do czego.
— Zu Befehl! — strzeliły obcasy..
— Czy ma pan jeszcze jakieś sprawy lub pytania, czy też mogę się oddalić do innych obowiązków? — dowódca twierdzy uśmiechnął się pod rozczochranym wąsem.
— Jedno tylko, jeśli pan generał pozwoli.
— Słucham zatem.
— Czy mógłby mi pan poświęcić parę chwil na osobności, aby omówić pewną niezwykle istotną kwestię? — w sąsiednim pokoju zapłonęły kinkiety, rzucając długie cienie na ściany bowiem w międzyczasie wymieniono w nich świece na całkiem świeże.
— Dziś?
— Nie, może być jutro, pojutrze czy też później. Ważne jednak, by ta sprawa pozostała wyłącznie między nami — August przyjął poważną, marsową niemal, minę.
— Niechże więc pan przyjdzie jutro na drugie śniadanie. O dziesiątej.
— Będę bezwzględnie, panie generale. Dziękuję za poświęcony czas i pozwoli pan, że się odmelduję.
— Oczywiście. Musi pan być zmęczony. Proszę udać się na odpoczynek — generał wyciągnął masywną dłoń obciągniętą szarą skórą, którą August uścisnął z pełnym oddaniem, po czym założył mirliton, zasalutował, odwrócił się na pięcie i opuścił gabinet.
Przeszli zatem ku wschodowi wspólnie z Hansem, mężem iście surowej i posępnej powierzchowności, który rychło okazał się jednak być nader rozmownym i całkiem ujmującym towarzyszem drogi, opowiadającym, z niemałym zapałem i niejaką dozą szczegółowości, o mijanych kamienicach, pomnikach czy fontannach. August, podjął znużonego Donnara, i podążył w prawo, za prowadzącym ciemnymi, spowitymi nocnym mrokiem, ulicami, na których tu i ówdzie, na murach zawieszona była latarnia roztaczająca mdłe, żółtawe światło. Bruk, starannie ułożony, a w rynsztokach zapełniony końskim łajnem, świadczył dobitnie o tym, iż niejedna kareta i niejedno zwierze przetoczyło się dziś tym traktem, szlifując niemiłosiernie kocie łby wokoło. Po lewej stronie minęli strzelisty, wysoki budynek – zapewne spichlerz, a zaraz potem furtę bramną Jungfrauen-Stift zu S. Claren65, której wieża, cebulasta i dumna, majaczyła na tle granatowego firmamentu, gdzieniegdzie osnutego ciężkimi, szarawymi obłokami rozświetlanymi srebrnym blaskiem księżyca. Następnie przeszli obok ciemnej i ciasnej uliczki Alt Bußer-Gasse66, co oznajmiał drewniany drogowskaz niedbale przybity do lichej ściany kamienicy, po czym przecięli inną, nieco szerszą arterię, otwierającą się w perspektywie na szeroki plac. Stojący na rogu, kiepskiej formy gmach z czerwonej, średniowiecznej cegły wyglądał na całkiem opuszczony, jednakowoż przejście tuż zagradzał im wóz pozbawiony woźnicy wyraźnie rozładowywany wprost do jego piwnic. Ominąwszy go, zostawili po prawej chwiejący się, lichy mur, w którym ozdobna brama prowadziła ku nadodrzańskiemu bulwarowi, zastrzeżonemu raczej dla duchowieństwa zamieszkującego pobliski klasztor przy S. Vincentii67. Po krokach kilkudziesięciu weszli na podłużny placyk przy wyniosłej, zakończonej ostrołukiem bramie piaskowej. Prowadziła doń krótka, wąska uliczka, z obu stron obstawiona wysokimi na dwa piętra kamienicami, prostymi, niemal pozbawionymi zdobień wszelakich. Przed nimi znajdował się opuszczony drewniany drąg szlabanu, o który wspierali się dwaj żołnierze w dreischpitzach, pogrążeni w rozmowie. Sama brama, majacząca w głębi, zamknięta była na głucho, a całe to miejsce wydawało się niemalże wymarłe, pozbawione wszelkiego ruchu, życia i najmniejszego chociaż dźwięku. Jeno w maleńkich okienkach poddaszy tliły się ostatnie ogniki świec.
Po prawej stronie placu wznosił się masywny gmach z ciosanego kamienia, o złożonej konstrukcji, którego umieszczone wysoko na murze, okrągłe i zakratowane okna nie pozostawiały złudzeń co do przeznaczenia budowli – był to bez wątpienia arsenał. Minąwszy studnię, stojącą pośrodku placu, ogrodzoną żelazną klatką, której pręty w górze schodziły się w kształt cebuli, skierowali się ku lewemu portalowi zbrojowni. Na odrzwiach, kunsztownie rzeźbionych, widniało godło miejskie – stylizowana litera W, opleciona wijącymi się powojami. Obok zaś, po lewej stronie, stała strażnicza buda, pomalowana w czarno-białe, ukośne pasy – obecnie pozostawała jednak pusta. Wówczas Hans zapukał przytroczonym do pasa tasakiem donośnie w grubą, dębową deskę tuż obok niewielkiego okienka odźwiernego. Odbity od ścian okolicznych dźwięk rozszedł się daleko po milczącym, pogrążonym już w spoczynku mieście. Nie przejęli się tym jednak zgoła. Jedynie żołnierze przy szlabanie, nie przerywając rozmowy, z ukosa spozierali spod kapeluszy, bacznie oceniając, czy przypadkiem nie mają do czynienia z zagrożeniem dla powierzonych ich w opiece zabudowań, bram i obowiązków.

Niemało minęło czasu, nim okienko w masywnych wrotach drzwiowych z trzaskiem się uchyliło, a w nim twarz ukazała się zaspana jeszcze i nieco obrzmiała, opleciona pokaźnej miary bokobrodami, której rysy migotały w nierównym blasku trzymanej gdzieś z boku pochodni.
— Czegóż? — ozwała się owa fizjonomia, nad wyraz uprzejmie, jeno marszcząc czoło krótkowidza.
— Od generała von Thile człeka wiodę, i to w randze majora, przeto radziłbym ci ton z lekka odmienić i uprzejmością go wesprzeć — odrzekł Hans tonem, którym można by było w marmurze rzeźbić.
Odźwierny, usłyszawszy to, niezwłocznie zmienił wyraz twarzy, co dało się spostrzec po ledwo uchwytnym ruchu brwi i marsie skóry wokół oczu. Towarzyszyły temu szmery i trzaski — to zasuwy i zamki, jeden po drugim, z jękiem i sapaniem były odchylane. Wreszcie jedna część wrót otwarła się, skrzypieniem przeraźliwym nocą ciszę rozdzierając, zaś oczom przybyłych ukazało się sklepione przejście na dziedziniec, zatarasowane przez szczupłą sylwetkę żołnierza, którego twarz poorana bliznami była, prawy rękaw munduru natomiast zwisał bezładnie. Świadczyło to dobitnie, że niejeden raz w bitewnym zgiełku stał człek ten naprzeciw śmierci.
— Pojęcia nie miałem. Wybaczenia proszę — rzekł, nisko głowę chyląc i szerzej bramę otwierając.
Weszli więc, najpierw Hans, który dzierżył pochodnię, potem August, a za nim Donnar, którego podkowy na bruku iskrzyły niczym strzały Prometeusza.
— Nic to, żołnierzu — August położył mu dłoń na ramieniu. — Powiedz, gdzie mogę rumaka ulokować?
— W głębi, po lewej stronie, jest wejście do stajni. Trzeci i szósty boks zda się być wolny. Proszę tam go uwiązać, a ja tymczasem kapitana Klingermanna obudzę, wrócę niebawem, by konia wyszczotkować, obrok nasypać i wodę przygotować. Proszę o moment cierpliwości — dodał nieco zmieszany, czując wagę obecności oficera tak wysokiego szczebla.
— Nie ma pośpiechu. Zaczekamy — rzekł z łagodnym uśmiechem August uspokajając go i ruszył przez cichy, pogrążony w mroku dziedziniec, rozglądając się za wejściem do stajni. Starszy człek zamknął za nimi wrota, zasunął ciężkie belki i wspiął się po granitowych schodach, co z przejścia wiodły ku górze. Tymczasem Hans wyszedłszy również na dziedziniec, pomiędzy rozrzuconymi w nieładzie snopkami siana, odnalazł Anbindebalken68, na którym przysiadł wcześniej od pochodni lampę wiszącą na ścianie z grubą świecą odpalając, po czym spod sznurków wpiętych w kapelusz wyciągnął fajkę z morskiej piany, a następnie nabożną starannością począł ją nabijać. August w tym czasie zaprowadził Donnara do pierwszego wolnego boksu, zamknął za nim Halbtür69, i wyszedł ponownie na dziedziniec. Stanął naprzeciw Hansa, po czym i on wydobył fajkę, schowaną w mirlitonie, również ją nabijając. Czekali.
Gdzieś w oddali, na wyższych piętrach słychać było jakieś szuranie mebli, trzaskanie drzwi, pokrzykiwania i przekleństwa. Blada, niewielka chmura zdołała wpłynąć na tarczę księżyca, zatrzymać się chwilę rozpraszając jego światło, po czym oddalić się w swoją stronę przywracając ostre, wyraziste cienie wyglądające z każdego zakamarka. Zdołali wypalić swoje fajki, wysypać z nich niespalony popiół, rozdeptać go obcasami na bruku, Donnar zdołał dwa razy zarżeć dopominając się pojenia, zanim z góry, przez boczne drzwi w bramie zeszli odźwierny i jeszcze jeden człowiek. Ten był wysokim, postawnym żołnierzem z bujną czupryną nie przykrytą żadnym nakryciem głowy. O jego fachu mówiła jedynie przerzucona przez ramiona kurtka mundurowa wyposażona w dwa rzędy frędzli przy epoletach i obszyte galonem mankiety wraz z kołnierzem. Zobaczywszy Augusta i jego ubiór natychmiast strzelił obcasami wyprężając się jak struna.
— Nie ma potrzeby musztry tutaj teraz prezentować — wyciągnął w jego kierunku dłoń, z której uprzednio zdjął rękawiczkę — August von Falkenheyn, z rozkazu króla przybyłem do Breslau aby stworzyć oddział jazdy zdolny do wypadów za mury.
— Richard Klingermann — skłonił się usłużnie. — Von Thiele zrobił mnie tu dowodzącym jazdą, choć z jazdą mam tyle wspólnego, że mój ojciec siodła robi. Do tej pory służyłem w piechocie w stopniu hauptmana70. Od kilku dni mam chyba obowiązek mienić się Rittmeisterem71, ale mi jakoś z tym nie po drodze. Koszary, jadło, prowiant, zaopatrzenie, proch czy obrok mogę organizować, ale do dowodzenia konnicą w polu się chyba nie nadaję — uśmiechnął się kwaśno ściskając podaną dłoń.
— Nikt z nas w obecnych czasach sobie zadań sam nie wybiera — podsumował filozoficznie August.
— Jam miał pana majora przyprowadzić, przekazać rozkazy generała i wracać — wtrącił się Hans. — Dziś majora trzeba przenocować tutaj, a jutro, kapitanie, musicie poszukać dla niego należnej kwatery na mieście, byle nie daleko. Jego rozkazy — wskazał na Augusta — od samego Najjaśniejszego, mówią, że ma zrobić z was coś na kształt oddziału zaczepnego, a my, czyli twierdza, miasto i pan, mamy mu w tym udzielić najdalej idącego wsparcia. Dlatego zostawiłbym panów samych i wróciłbym do sztabu, jeśli można.
— Może wejdźmy do środka. Chłód czuć dojmujący — zasugerował Richard. — Zaś Kaspar Hansa wyprowadzi i zawrze wrota by nam nikt już nocy więcej nie zakłócał. On tutaj wiernie służy już od trzech dekad. — Wymieniony, stojąc z boku w mundurze spranym od lat, z pistoletem za pasem i brelokiem do kluczy przytroczonym do pasa, wyglądał raczej jak stróż cmentarny niż żołnierz. Ale noc była jego domeną – znał każdy trzask drewna w budynku, każdy skrzyp zawiasu, każdego szczura po imieniu, takoż i każdego gołębia srającego po kątach. Stanął w postawie zasadniczej czując, że go raczej chwalą niż ganią za niezmienną służbę.
— Miałbym prośbę do Kaspara, by po oporządzeniu mego Donnara przyniósł sakwy nań zawieszone. Mam tam podróżne przybory, nieco bielizny, kilka koszul na zmianę oraz sakiewkę, na którą niech baczy, gdyż jej zawartość znam doskonale — puścił perskie oko do odźwiernego, który przyjął to raczej chłodno. Kapitan skinął tylko głową, wydając tym samym rozkaz po czym powędrowali po wąskich, wysłużonych, drewnianych schodach na piętro, gdzie długim korytarzem, wyłożonym grubymi, ciemnymi belkami, w milczeniu przeszli do samego końca, a następnie skręcili w prawo, mijając kolejną klatkę schodową. Zaraz za rogiem weszli do pierwszego pomieszczenia, do którego drzwi stały otworem, a wewnątrz tliła się licha świeca.
— Majorze, zająłem tutaj największą izbę. Proszę raczyć dać mi kilka chwil na pozbieranie dobytku, abym mógł przenieść się do izby żołnierskiej. Zwolnię tu miejsce dla Waszej Ekscelencji, a jutrzejszego ranka poszukamy kwatery w mieście, która będzie bardziej stosowna — rzekł, z widocznym zawstydzeniem spoglądając na porozrzucane na stole, wykonanym z nieheblowanych desek, mundurowe koszule, bluzy, spodnie ze szelkami i inne żołnierskie przybory.
— Kapitanie, skorośmy sami: raczcie mówić mi po imieniu. To po pierwsze — ponownie wyciągnął dłoń bez rękawiczki. — Tak będzie znacznie łatwiej — ten, wprawdzie zdziwiony, nie bardzo wiedział, jak się zachować, lecz wreszcie, nieco ociągając się, uścisnął prawicę Augusta.
— Richard.
— August.
— Mam tu gdzieś małą karafkę. Bruderschaft należałoby wypić. Nieprawdaż? — roześmiali się jednocześnie, jakby wzajemnie czytając sobie w myślach, po czym starszy stopniem zamknął drzwi, a niedoszły kawalerzysta wydobył z szafy chlebak i z niego oplecioną wikliną, zalakowaną butelkę.
— A po drugie?
— Po drugie zostań tutaj, a ja przenocuję z żołnierzami. Mnie nie ubędzie, a tobie zachodu oszczędzi.
Rozmawiali jeszcze czas jakiś, sącząc zawartość butelczyny długo w noc, omawiając zakresy wspólnych obowiązków, zadania na dni przyszłe, potrzeby rodzącego się oddziału, oczekiwania dowódców twierdzy i inne takowe ważkie prawy. Uzgodnili, że rankiem, bez posiłku, August uda się do kwatery generała na uprzednio umówione śniadanie, zaś hauptman spełni swój obowiązek, umawiając wizyty w jednej lub dwóch kwaterach. Przy kieliszku oświadczył, iż zna dwa takie miejsca w pobliżu, lecz nie był pewien, czy jeszcze wolne pokoje tam znajdzie, gdyż wojna niesłychanie drenuje zasoby miasta. Po powrocie z narady wspólnie udadzą się na rekonesans, by wybrać kwaterę najwłaściwszą.
Gdy ledwie doszli do połowy butelki, do drzwi zapukał Kaspar, niosąc dwie sakwy podróżne, nader wypchane, przytroczone uprzednio do siodła Donnara, oświadcząc, iż zwierzę jest już wyczesane, nakarmione i napojone, a świeże siano podłożono, aby czuł się bezpiecznie i komfortowo. August sięgnął do podanych sakw i po chwili wysupłał z nich dwie monety o nominale trzech srebrnych groszy72 każda, które wsunął Kasparowi w jego jedyną dłoń, choć ten nie wyciągał ręki. Zawinął mu tedy palce i podziękował za wierną służbę. Richard poczekał, aż drzwi do kwatery się zamkną, po czym odezwał się z widocznym niezadowoleniem:
— U nas nie zwykło się obdarzać napiwkami zwyczajnych, codziennych obowiązków.
— Ten człek został nagle wyrwany ze snu, uczynił więcej, niż mu przystoi, obłaskawił mego rumaka, którego wielce cenię, przyniósł bagaż mój, choć nie jest moim adiutantem ani służącym… Pozwolisz zatem, iż sam zdecyduję, za co i w jaki sposób wdzięczność swą okażę.
Dokończywszy butelkę i omawiając przy tym obecną sytuację państwa, bitwy przegrane oraz walki, które jeszcze ich czekały, udali się na spoczynek. Tak oto dobiegł kresu dwunasty dzień listopada. W mroźnej ciszy i chłodzie blasku księżyca nadchodził kolejny, trzynasty dzień tegoż miesiąca. Któż mógł wiedzieć cóż on przyniesie?
Przypisy
- Niederschlesien – dziś Dolny Śląsk. ↩
- Pöpelwitz – dziś dzielnica Wrocławia o nazwie Popowice. ↩
- Breslauer Tor – mowa tu o bramie wrocławskiej, rozebranej między 1825, a 1843 rokiem, a pochodzącej jeszcze z okresu średniowiecznego, zlokalizowanej we wschodniej części miasta Środa Śląska, prowadzącej w kierunku Wrocławia. Zwana też była Oder Tor. ↩
- Neumarkt – dziś Środa Śląska. ↩
- Grafschaft Glatz – hrabstwo kłodzkie, dawna kraina historyczna ze stolicą w Kłodzku funkcjonująca od 1459 do 1816r. obejmująca mniej więcej dzisiejszy teren kotliny kłodzkiej z niewielkimi przyległościami. ↩
- Hauptmann – kapitan ↩
- Hauptmann Karl von Stutterheim – był znanym oficerem kawalerii pruskiej i służył jako adiutant i dowódca eskadry huzarów, w tym także w regimentcie huzarskim Nr. 8. dowodzonym przez gen. Blüchera. ↩
- Dolman – krótka, mocno ozdobiona kurtka, z 10–18 rzędami froggingu – złotymi lub srebrnymi sznurami i guzikami na klapach, zaś trzy rzędy guzików były elementem dekoracyjnym. Podstawowa kurtka mundurowa huzarów. ↩
- Pelisa – futrzana kurtka noszona przewieszona przez lewe ramię, zwykle barwy kontrastującej (białej i czarnej), z pętlą i frędzelkami – stosowana zarówno w paradach, jak i w polu. Dodatkowa kurtka huzarów. ↩
- Donnar – imię germańskiego boga piorunów, tutaj imię konia. ↩
- Scharlotenburg – pałac królewski w Berlinie ↩
- Kampania reńska – ogólne pojęcie opisujące walki toczone nad Renem w latach 1792 – 1801 między Francją, a koalicją monarchii europejskich, głównie Austrią i Prusami. ↩
- Gerhard Johann David von Scharnhorst (1755–1813) to jedna z najważniejszych postaci reform pruskiej armii na przełomie XVIII i XIX wieku po klęskach kampanii 1806/1807. ↩
- Laboratoria – w okresie napoleońskim mianem tym obdarzano specjalne tabory, w których wykonywano ładunki do armat, karabinów, lano kule, produkowano proch i inne akcesoria niezbędne do prowadzenia wojny ogniowej. ↩
- Szarża pod Naumburgiem – jedna z najbardziej znanych szarży pruskiego oręża. Miała doprowadzić do przełamania oporu francuskiego III korpusu gen. Davouta blokującego drogę odwrotu wojsk pruskich spod Jeny i Austerdädt. ↩
- Französische Kolonne! – niem.: francuska kolumna! ↩
- Lasst uns kämpfen! – niem.: do boju! ↩
- Nach links! Von links drauf! – Na lewo, bierzmy ich z lewej! ↩
- Rückwärts, Männer! Zu uns! – Odwrót ludzie, do naszych! ↩
- Mirliton – hełm huzarski z czapą i pióropuszem: białym z czarną falbaną dla oficerów oraz czarnym dla huzarów niższego szczebla ↩
- Festung Glogau – niem. Twierdza Głogów. ↩
- Stabskapitän – kapitan sztabowy, funkcja w armii pruskiej najczęściej nadawana adiutantom. ↩
- Sabretascha – ozdobna torba (tzw. torba amazonek) noszona zawieszana na luźno wiszącym pasie w taki sposób, że chodząc zwieszała się w okolicy kolan. W trakcie jazdy konnej była jednak w zasięgu rąk z boku siodła. Najczęściej ozdobiona monogramem, haftem czy herbem. ↩
- August Ludwig Ferdinand Graf von Nostitz-Ransen (1777–1866) był pruskim generałem kawalerii, adiutantem generała Blüchera, dowódcą 5. Pułku Huzarów (tzw. Blüchersche Husaren) i później ambasadorem w Hanowerze, a później także adiutantem Fryderyka Wilhelma III, króla Prus. ↩
- Reticule – rodzaj torebki damskiej, w formie woreczka z różnych materiałów, zawieszanego najczęściej sznureczkami na przedramieniu. ↩
- Kehrt euch! – komenda: „W tył zwrot!”. ↩
- Stillgestanden! – komenda: „Baczność!” ↩
- Zu Befehl – niem.: Na rozkaz! ↩
- Oberst Magnus Carl Ferdinand Bogislaus von Schwerin – dowodzący twierdzą Srebrna Góra od 1805r. ↩
- Königliches Schloss – dziś: zamek królewski we Wrocławiu, jedna z trzech królewskich siedzib króla Prus (pozostałe były w Berlinie i w Królewcu). ↩
- Königlicher Hausmarschall in Breslau – dosłownie Marszałek domu królewskiego, w tym przypadku chodzi o szambelana. Osoba o tej pozycji była odpowiedzialna za prowadzenie służby pod nieobecność głównego lokatora, za personel, zaopatrzenie, majątek. ↩
- Verstanden! – niem. Zrozumiano! ↩
- Pruska mila – jednostka ówczesnej miary mierząca 7 532,5m, czyli 2000 prętów (jeden pręt to 3,7665 m), jedna mila to 24.000 pruskich kroków (jeden krok to 31,4cm) ↩
- Pręt – jednostka ówczesnej miary (niem.: Rute) – długość 3,7665 m, jeden pręt to 12 pruskich kroków. ↩
- Lissa – dziś dzielnica Wrocławia: Leśnica ↩
- Gabiony – kosze plecione z wikliny i wypełniane ziemią lub kamieniami, używane jako osłony dla artylerii lub piechoty ↩
- Offiziersschärpe – oficerska ozdobna, pasamanowa szarfa w kolorze armii pruskiej: najczęściej biało-czarnym, a od stopnia majora srebrno-czarnym. ↩
- Alexander Heinrich von Thile (1742–1812), urodzony w Głogowie, od września 1806r. dowódca twierdzy Breslau, którą poddał zbyt szybko według ówczesnych, za co spędził dwa ostatnie lata życia w twierdzy Spandau. ↩
- Szlik – bardzo często używany w tamtych czasach fikuśny, kręty i zamaszysty ozdobnik pisma odręcznego często opadający znacznie poniżej linii pisanego tekstu ↩
- Feldwebel – ówczesny stopień wojskowy odpowiadający dzisiaj sierżantowi ↩
- Gefreiter – ówczesny stopień wojskowy odpowiadający dzisiaj starszemu szeregowemu ↩
- Dreischpitze – charakterystyczny dla epoki kapelusz o trzech rogach ↩
- Kriegs- und Domänenkammer – dokładnie Kriegs- und Domänenkammer und Wohnung des dirigierenden Etats- und Kriegsministers in Schlesien – w wolnym tłumaczeniu: „Izba Wojenna i Dóbr Królewskich oraz mieszkanie urzędującego ministra stanu i wojny na Śląsku”. Mieściła się na rogu dzisiejszego pl. Nankiera i ul. Szewskiej, naprzeciw kościoła św. Macieja. Był to budynek wojskowego i administracyjnego centrum Śląska oraz był rezydencją ministerialnego pełnomocnika pruskiego rządu na Śląsku, odpowiedzialnego za finanse wojenne, zaopatrzenie i kontakty z lokalną administracją. W początkowym okresie pełnienia obowiązków pracował tutaj gen. von Thiele. ↩
- Ring – dziś: rynek ↩
- Rathaus – dziś: ratusz ↩
- Adolf! Tor auf, aber schnell bitte! – niem. Adolf, otwieraj bramę, byle szybko! ↩
- Karl Georg Ferdinand von Falkenhayn – postać historyczna, hrabia i właściciel ziemski zarządzający licznymi okolicznymi dobrami z miejscowości Falkenhayn (od nazwiska rodowego bierze się jej nazwa) ur. w 1749, zm. w 1823. Żona Auguste Henriette zd. von der Goltz (ur. 1746, zm. 1807). Mieli dwóch synów: Georg Ludwig Alexander von Falkenhayn (urodzony 7 września 1777 w Wordel – zmarły 18 sierpnia 1849 w Burg Belchau) – który był protoplastą postaci Augusta, oraz Karl Friedrich August von Falkenhayn (urodzony w 1782 – zmarły 1851). ↩
- Falkenhayn – wieś Sokołówka opodal Polanicy Zdrój. ↩
- Altheide – dziś: Polanica Zdrój. ↩
- Adolph Detlef von Usedom (1726–1792) – założyciel i pierwszy wieloletni dowódca Husaren-Regiment Nr. 7. Od 1787 Generalleutnant. ↩
- Glatz – dziś: Kłodzko ↩
- Stamtisch – dosłownie: stół przyjaciół. Stół dla stałych gości lokalu, jego przyjaciół, zawsze dla nich w lokalu zarezerwowany. ↩
- Wird gemacht! – niem.: Tak będzie, będzie zrobione, spełni się. ↩
- Der Herr Major geruhe zu warten, ich bringe Ihm sogleich ein Krüglein von unserem vortrefflichsten Biere – forma archaicznego, ówczesnego, niemieckiego, w wolnym tłumaczeniu: Der Herr Major – forma grzecznościowa wobec oficera, geruhe zu warten – dworska forma prośby, bardzo uprzejma („zechce pan poczekać”), Krüglein – zdrobniała forma „Krug” (kufel), typowa dla mowy służby, z odcieniem uprzejmości, vortrefflichsten Biere – „najprzedniejszego piwa. ↩
- Vielen dank – dziękuję bardzo ↩
- Maria Magdalena Kirche – dziś: kościół św. Marii Magdaleny. ↩
- Hintenmarkt – dziś ul. Kurzy Targ. ↩
- Sergeant – stopień w armii pruskiej tamtego czasu odpowiadający faktycznie dzisiejszemu stopniowi sierżanta, ale dzisiejszy język niemiecki używa formy „Feldwebel” jako głównego odpowiednika sierżanta, zaś „Sergeant” zniknął z codziennego użytku. Jednak w XIX wieku w armii pruskiej był to rzeczywisty stopień wojskowy — poniżej Feldwebla, ale powyżej Korporala. ↩
- Gefreiter – dzisiejszy odpowiednik to starszy szeregowy ↩
- Präsentier das Gewehr! – niem.: prezentuj broń ↩
- Wachmeister – dzisiejszy odpowiednik to starszy sierżant, zaś w ówczesnej kawalerii, odpowiednik Feldwebla (najwyższy stopień podoficerski w kompanii) ↩
- Schweidnitz – dziś: Świdnica ↩
- Cosel – dziś: Koźle (tu: chodzi o twierdzę w Koźlu, która dziś leży na terenie miasta Kędzieżyn-Koźle) ↩
- Herein! – niem.: wejść! ↩
- Jungfrauen Stifft zu S. Claren – klasztor klarysek przy kościele św. Klary – dziś te obiekty zajmuje zgromadzenie sióstr urszulanek przy pl. Nankiera. ↩
- Alt Bußer-Gasse – dziś: ul. Łaciarska. ↩
- S. Vincentii – dzisiaj kościół św. Wincentego. ↩
- Anbindebalken – niem.: dosłownie: belka do przywiązywania – w tym znaczeniu chodzi o poziomą belkę wspartą na dwóch pionowych, do której można przywiązać konia. ↩
- Halbtür – niem.: drzwi połówkowe, dzielone. Tutaj chodzi o drzwi do boksu dla koni w stajni, których górna część jest uchylna. ↩
- Hauptman – stopień kapitana w armii niemieckiej. ↩
- Rittmeister – stopień w kawalerii pruskiej odpowiadający stopniowi kapitana w piechocie. ↩
- W owych czasach system pieniężny Prus oparty był o tzw. Reichstalary (talary), z których jeden talar dzielił się na 24 grosze, a każdy z nich na 12 Pfenigów. Zwykły żołnierz (szeregowy) otrzymywał 5-7 talarów żołdu miesięcznie, major 20 – 30 talarów, często więcej. W gospodzie piwo kosztowało 1 lub rzadziej 2 grosze, chleb (duży, 2kg) 2 lub 3 grosze, a cały, obfity obiad 3 do 6 groszy, zatem datek w postaci 6 groszy był całkiem sporą darowizną. ↩
Czytelnicy
Oceny i dyskusja
Oceny, komentarze i odpowiedzi mogą dodawać zalogowani czytelnicy i autorzy.
Zaloguj się lub załóż kontoRozmowa czytelników
Nie ma jeszcze ocen ani komentarzy. Możesz rozpocząć rozmowę.