Tam gdzie diabeł mówi dobranoc, to mało powiedziane. Mieliśmy pojechać na starą farmę, do której można dostać się tunelem 2,5 km, ruch jednostronny. Są wyznaczone godziny, pełne z góry, połówki z dołu… a może odwrotnie. Jednak ostatni wjazd i zjazd już dawno minął, więc lepiej nie ryzykować tylko poszukać noclegu, a tutaj wrócić rano, na kawkę na szczycie.
Pojechaliśmy dalej, droga szutrowa, pobocze znikome, z dużymi głazami po obydwóch stronach drogi. A wszystko mchem oblepione, że wrażenie masz, iż do krainy elfów zmierzasz. Drzewa pół karłowate, jakieś takie cienkie, liche, nie do końca rozwinięte. Co prawda wiosna, ale w Polsce już dawno osiągnęły słuszną wielkość. Ostatnie zabudowania już minęliśmy. Ostatni mieszkańcy, a może jedyni, z zaciekawieniem, w pozycji leżącej spoglądali na nas swoimi wielkimi cielęcymi oczami, od czasu do czasu machając krowim ogonem. Słychać było szum wody, choć niczego nie widziałam. Po drodze dwa campery wciśnięte w jakieś ni to mostki, ni szersze pobocze. Raczej to drugie, bo droga wąska wiec trzeba się jakoś wymijać, pytanie tylko z kim?
Dojechaliśmy na parking docelowy. Tak, na końcu świata, gdzie diabeł mówi dobranoc i droga kończy się, był mini parking, zapewne do zawracania, jeśli ktoś nie chciał zatracić duszy w tym miejscu. No dobrze, nie będę straszyć, jeśli ktoś przypadkiem zapuścił się tak daleko.
Okazuje się, że postawili tam zakaz rozbijania namiotów, i pewnie , choć z duszą na śpiącym ramieniu byśmy tam zostali, ale stał samochód służb technicznych. Co prawda opuszczony, jakby ich jakieś licho stamtąd porwało, ale świadomie trudno nam było dość kosztowny grzech popełnić /gdyby jednak wrócili/.
Robimy zwrotkę i wracamy, poczwórnie wytężamy wzrok w wypatrzeniu miejsca na nocleg. Choć ciągle jest jasno, nie zapominajmy, że już prawie dwudziesta trzecia i zmęczenie całodzienną podróżą robi swoje. W końcu, udało się! Wszak zakaz dotyczył tylko parkingu. Niewielka mijanka, ot, taka na samochód i dwa namioty. tak sobie myślę, że znowuż mi się kręgosłup wyprostuje 😉 Dzieci pomogły rozbić namiot, a w zasadzie to ja im, trzymając jedynie pokrowce na poszczególne elementy…
Miejsce… można powiedzieć, że przerażające w pewien sposób, a jednocześnie magiczne. Przede mną wiła się droga, lekko w dół, na końcu której zachodzące /niemal o północy/ słońce oświetlało szczyty gór ukazując miejscami soczystość zieleni. Ale to było tam, daleko, niedostępne. Wokół piętrzyły się skały wysokie na jakieś osiemset, dziewięćset metrów. Po naszej stronie, w górze dudnił wodospad obfity po nocnych deszczach. Spadał z hukiem roztrzaskując swoje wody o zbocze. Był tuż obok, niemal na wyciągnięcie ręki, i ta woda, która rwała przed siebie bez opamiętania po głazach, na oślep, w dół, po jednej i drugiej stronie drogi.
Spojrzałam wyżej, za siebie. Zza czarnego granitu, w dół, spełzała niemal czarna mgła, jak w jakimś horrorze, jakby jakieś zło z tych gór spaść miało na nas i przydusić… Zatrzymywała się jednak, coś ją do góry wyrzucało, zawracała, kłębiła się, wiła jakby w konwulsjach jakiś, ale niżej nie zeszła. Może to były dwa światy, a może zaświaty?
Poszłam na spacer, by jeszcze przed snem zaliczyć toaletę. Znalazłam przestrzeń między drzewami, techniczny domek i coś w rodzaju mini tamy, barykady ułożonej z dużych głazów, która nie pozwalała się rozlać górskiemu potokowi wypływającemu spod wodospadu na drogę. Kusiło by podejść dalej, ale kamienie mokre, nierówne, mchem naleciałe, można było skręcić nogę i problem by był..
Wróciłam, weszłam do namiotu by się przebrać w getry i cienką bluzę z długim rękawem. Syn postanowił spać w aucie, korzyść dla mnie, więcej miejsca w namiocie. Starsza dwójka miała swoje miejsce do spania. Zamknęłam oczy i przez powieki czułam rozlewającą się wokoło jasność, a szum wody był niczym werble na wojnie.
I jak tu spać? Może zacznę liczyć barany przeskakujące z jednego brzegu górskiego potoku na drugi…

Czytelnicy
Oceny i dyskusja
Oceny, komentarze i odpowiedzi mogą dodawać zalogowani Czytelnicy, Recenzenci, Autorzy i Animatorzy kultury.
Zaloguj się lub załóż kontoRozmowa czytelników
-
Przemek Wilkoszewski Uwielbiam osobiste opisy przeżyć z podróży. Niby takie zwyczajne, ale podszyte najprawdziwszymi emocjami i organoleptycznym odczuwaniem otoczenia, okoliczności i świata.
Czekam na więcej.